Pan Mops popełnia zbrodnię miłości

powiastka satyryczna  |  utwór niepublikowany
47 627 znaków ze spacjami

Co może wyniknąć ze spotkania statecznego malarza, jego znudzonej żony, młodej modelki, pewnego balansatora sylwetki i kilku bardzo osobliwych przekonań na temat sztuki, miłości oraz życia?

„Pan Mops popełnia zbrodnię miłości” to groteskowa i przewrotna opowieść o mieszczańskim świecie, w którym pozory mają wielką wagę, sztuka bywa ozdobą salonu, a miłość może okazać się sprawą kryminalną.

Powiastka dydaktyczna dla dzieci ułożona po to, by je uchronić przed popełnianiem poniektórych błędów dorosłych.

Podziękowania

Zacznę od złożenia na ręce Karola Dickensa podziękowań dla Samuela Pickwicka i Sama Wellera, dwóch szacownych mężów wartych każdy osobnego pomnika, albowiem ich niezrównane poczucie humoru i praktyczne przywiązanie do życia ratowało mnie wielekroć przed apopleksją tudzież skutkami reumatyzmu. Winienem również wdzięczność samemu Karolowi Dickensowi, jego przykład bowiem uzmysłowił mi nad wyraz skutecznie, że nie wolno zaciągać długów, których nie potrafimy spłacić. Oddać też pragnę należną cześć Franzowi Kafce, nieco zapomnianemu już dzisiaj urzędnikowi na skromnej państwowej posadzie, albowiem od czasów Wertera nikt nie uczynił tyle co on dla podtrzymania mitu nieszczęśliwej miłości. Z kolei ze względów czysto praktycznych zmuszony jestem przywołać postać Jamesa Joyce’a, jako że pod wpływem lektury jego dziełka o atrakcjach Dublina zdecydowałem się ostatecznie na poznanie Nowego Jorku. Z pokorą natomiast chylę czoło przed Fiodorem Dostojewskim, autorem wybornego opowiadania Bobok, które umocniło moją wiarę w życie pozagrobowe a zarazem utwierdziło w nadziei na rychły zgon materializmu dialektycznego. (Ponieważ z pisarzem tym zawarłem przyjaźń już w dzieciństwie za pośrednictwem Braci Karamazow, pozwolę sobie teraz na bardziej osobisty wtręt: Fiedia, wybacz, ale wszelkie dotychczasowe próby zainteresowania wydawców twoimi nowymi dziełami są bezskuteczne. Odsyłają je z powrotem z adnotacją, że dzisiaj nikt już tak nie pisze). Osobne wyrazy uznania należą się Ladislavowi Fuksowi, którego pionierska praca o kremacji zwłok niepodważalnie wykazała istnienie ciągłości kulturowej między starożytnymi Indiami a kulturą europejską. Chcę też podkreślić zasługi Witolda Gombrowicza na niwie językoznawstwa i biologii, z którego dokonań w tej mierze co nieco skorzystałem przy pisaniu niniejszej powiastki. Na koniec dziękuję twórcom pierestrojki, w następstwie której usprawniono wreszcie system sprzedaży mleka i koszmarny brzęk butelek na korytarzu nie budzi mnie już z samego rana.

Osoby

  • Pan Henryk Mops
  • Pani Ernestyna Mopsowa
  • Pan Leon Rottweiler
  • Pani Regina Rotweillerowa
  • Panna Sue Pekinka
  • Inspektor Krystian Doberman

Rozdział 1

POZNAJEMY FIZYS ORAZ WNĘTRZE ARTYSTY, ODKRYWAMY ZALETY WYSOKICH BAROWYCH KRZESEŁ, A W KONFRONTACJI Z PANIĄ MOPSOWĄ DOZNAJEMY TAK ZWANYCH MIESZANYCH UCZUĆ. PRZEZ SZYBĘ WYSTAWOWĄ DOTYKAMY NATURY SZTUKI I PIERWSZY RAZ STAJEMY PRZED POWRACAJĄCYM DYLEMATEM, CZY NAGIE PIERSI NA PŁÓTNIE WINNY ZYSKAĆ PRYMAT NAD MALARSTWEM PEJZAŻOWYM.

W sobotnie czerwcowe popołudnie, kiedy słońce każe porzucić ciepłe okrycie a rześki wietrzyk przynosi ochłodę wystawionemu na żar ciału, pan Mops odbywał z małżonką spacer główną ulicą miasta, ocienioną szpalerem akacji, zabudowaną po obu stronach rzędami eleganckich sklepów, cukierenek, wykwintnych domów mody, horrendalnie drogich butików i snobistycznych galeryjek. Były też miłe dla męskiego oka kawiarenki pod gołym niebem, gdzie wysokie krzesła zaprojektowano w ten szczególny sposób, by młode zgrabne kobiety w krótkich sukienkach mogły bez skrępowania odsłaniać szczupłe uda.

Henryk Mops nosił kremowy garnitur z lnu; słomkowy kapelusz przykrywał rozległą łysinę i rzucał przyjemny cień na wysokie czoło bez zmarszczek. Jego stateczną twarz, która po pięćdziesięciu latach obcowania ze światem zachowała wyraz właściwy wizjonerom i kretynom, zdobił nieduży wąsik, który Mops raz w tygodniu własnoręcznie przycinał. Ernestyna Mopsowa, wciśnięta w jasnoniebieską garsonkę z cieniutkiego bistoru, stawiała drobne kroczki obutymi w czółenka małymi stopkami, które bohatersko dźwigały jej rubensowskie kształty.

— Ach, Henryku! – Z teatralnym westchnieniem odrzuciła do tyłu głowę osadzoną na krótkiej szyi. – Co za rozkosz odbywać spacer w taki dzień!

— Faktycznie dawno nie padało – zauważył praktycznie.

— Cudowne lazurowe niebo niczym w Toskanii!

— Nigdy nie byliśmy w Toskanii.

— Pojedziemy! Każdy malarz powinien raz na jakiś czas pooddychać toskańskim powietrzem.

— Nie znam włoskiego.

— Już cię widzę za sztalugami na tle strzelistych cyprysów porastających faliste wzgórza Italii! Mają tam chyba cyprysy?

— Na pewno, Włosi to kulturalny naród.

Pani Mopsowa mocniej ujęła łokieć małżonka.

— Nikt tak jak ty nie potrafi oddać wiejskiego krajobrazu. Aż ma się wrażenie, że wiatr porusza konarami drzew.

— Wkładam w malowanie całą duszę – przyznał z rezygnacją Mops.

— Jaka szkoda, że moja biedna mamusia nie doczekała tej chwili.

— Masz jak zawsze rację, Ernestyno. Twoja mamusia to był prawdziwy anioł.

— Pomyśleć tylko, ile jej zawdzięczasz. Dzięki zapisowi w testamencie możesz w pełni oddawać się sztuce.

— Cudowna kobieta. Wielka to niesprawiedliwość losu, że twój ojciec postanowił zostawić ją we wdowim stanie już po czterech latach małżeństwa.

— Pocieszam się – Mopsowa chlipnęła – że przynajmniej umierał spokojny, bo pod względem majątkowym zabezpieczył mamusię do końca życia.

— To musiał być wyjątkowy człowiek.

— Tatuś na pewno by cię polubił. Też na swój sposób był artystą. Dziś już nie ma takich złotników.

Klasnęła w pulchne dłonie.

— Mój Boże, że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy! Złotnik i malarz! Artystyczne pokrewieństwo dusz. Ileż wy macie ze sobą wspólnego!

— Coraz wyraźniej to dostrzegam.

Doszli do jednej z tych nikomu niepotrzebnych galerii sztuki, których istnienie w zamyśle władz ma maskować wszechobecność dymiących fabryk, masarni, banków i zakładów pogrzebowych. Za szybą wisiało kilka sztychów, dość udane olejne kopie obrazów malarzy niderlandzkich i dwa nader realistyczne kobiece akty.

— Henryku, nie ma już twojego „Ruczaju pośród wiosennych brzózek”! Wczoraj osobiście dopilnowałam, żeby umieścili obraz za szybą wystawową. Nie minął dzień, a już znalazł nabywcę!

Mops osłonił dłonią oczy i zajrzał przez szybę.

— Jest w środku. Postawili pod ścianą.

— A to bezczelność!

Złapała za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Naparła na nie całym ciałem.

Pan Mops sprawdził godzinę na zegarku z pozytywką, który małżonka pozwalała mu nosić tylko przy ładnej pogodzie.

— Już po piętnastej, Ernestyno. W soboty zamykają wcześniej.

Oczy Mopsowej prześlizgnęły się po sztychach i olejnych kopiach mistrzów niderlandzkich, zatrzymały się dłużej na oddanych z troską o szczegóły kobiecych aktach.

— W miejsce prawdziwej sztuki wieszać taki… prymityw!

Mops posłusznie przytaknął, ukradkiem zezując na portrety dwóch nagich dziewcząt.

— Ohyda! – Biust Ernestyny pod jasnoniebieskim żakietem falował w oburzeniu. – Gołe piersi i zadki w samym centrum miasta! Nie dość, że tandeta, to modelki chude jak szczapy.

Zastukała energicznie w zamknięte drzwi.

— Ernestyno, tracimy tylko czas. Nie zapominaj, że Rottweilerowie przychodzą dziś na podwieczorek.

Z butną miną odstąpiła od drzwi galerii i pociągnęła męża za rękaw.

— Szczęście, żeśmy ich poznali. Mamusia miała rację, człowiek kulturalny powinien się obracać w kręgu ludzi podobnych sobie.

— Mam nadzieję, że Rottweilerowa nie pochoruje się jak ostatnim razem.

— Regina jest taka wrażliwa. I miewa migreny zupełnie jak ja. Cudownie się rozumiemy.

— Ja rozumiem Leona.

— Zauważyłam, że znajdujecie wspólny język. W końcu inżynier to poniekąd także artysta.

— Nie cierpię tylko, kiedy zmusza mnie do składania modeli samolotów.

— Jak my umiemy dobierać sobie znajomych! – Spojrzała na błękitne niebo. – No i jesteśmy w domu! Mówiłam, że nie będzie padać?

Państwo Mops od ponad dwudziestu lat zajmują mieszkanie w przedwojennej, świeżo odrestaurowanej czteropiętrowej kamienicy. Mopsowa pchnęła secesyjne drzwi i pierwsza wkroczyła do holu o ścianach wyłożonych różowym marmurem. Przez witrażowe okna wpadało słońce, kiedy szerokimi schodami ruszyli na drugie piętro. W połowie trzeciego podestu Mopsowa zwolniła.

— Serce mi się kraje na myśl – wysapała – że moja biedna mamusia do ostatniego dnia życia musiała pieszo pokonywać tyle stopni.

— To była twarda kobieta.

— Przeczucie mi podpowiada, że nie dożyję jej wieku. Henryku, co ty beze mnie poczniesz!

Zatrzymali się przed jednym z trzech mieszkań na drugim piętrze. Mosiężna tabliczka na solidnych wejściowych drzwiach informowała: „Henryk i Ernestyna Mopsowie”. Ernestyna starła z tabliczki niewidoczny kurz i przekręciła klucze w trzech zamkach. Ledwo przekroczyli próg, niebo niespodziewanie zasnuły granatowe chmury i spadł rzęsisty deszcz.

Rozdział 2

OGLĄDAMY MIESZKANIE BOHATERÓW, LEPIEJ POZNAJEMY NIESKOMPLIKOWANĄ NATURĘ ERNESTYNY MOPSOWEJ ORAZ WKRACZAMY W ŚWIAT PAŃSTWA ROTTWEILERÓW. PONOWNIE DOŚWIADCZAMY AMBIWALENTNYCH ODCZUĆ WOBEC DAMSKIEJ NAGOŚCI I OTRZYMUJEMY PIERWSZĄ PORCJĘ WIEDZY NA TEMAT BALANSATORA SYLWETKI. DOWIADUJEMY SIĘ TAKŻE, DLACZEGO LEPIEJ NIE TRZYMAĆ W DOMU PAPUŻEK I PIERWSZY RAZ SŁYSZYMY, ŻE MAK MOŻE WPŁYWAĆ KATASTROFALNIE NA STAN UZĘBIENIA ORAZ LOS JEDNOSTEK.

Trzy ściany salonu Mopsów zajmują podobne do wież oblężniczych ciemne meble, zbrojne w gałki i okucia. W sąsiedztwie dwóch weneckich okien stoi trzydrzwiowa oszklona biblioteczka z książkami, dobranymi pod względem kształtu i wielkości, w kącie po sąsiedzku błyszczy ciemną politurą masywny meblowy zegar. Na wolnych skrawkach ścian tłoczą się landszafty w złoconych ramach, sygnowane w lewym dolnym rogu „Henryk Mops”. Środek pokoju okupuje duży owalny stół, teraz zasłany białym obrusem; na srebrnych półmiskach piętrzą się szarlotka, sękacz i keks w towarzystwie rurek z kremem i wuzetek, na trzech paterach ułożono piramidy cytrusowych owoców.

Przebrana w ciemnogranatową sukienkę ozdobioną broszką z brylantem, Ernestyna zajrzała przez uchylone drzwi do pracowni. Mops, w białej koszuli i wyjściowych spodniach okrytych długim, roboczym fartuchem, stał przy sztalugach i malował.

— Urocze! – Klasnęła w dłonie. – Jak ty potrafisz oddać krajobraz! Jakbym tam była i oddychała wiejskim powietrzem. Ale zaraz piąta, ogarnij się przed przyjściem gości.

Mops zdjął fartuch, zostawił niedokończony obraz na sztalugach, w łazience obmył dłonie z farby i namaścił kremem do pielęgnacji rąk. Wrócił do pracowni po marynarkę i podreptał do salonu.

W tym momencie zaterkotał dzwonek u wejściowych drzwi.

— Szczęście, że przestało padać i wyszło słońce – spostrzegła Mopsowa, idąc otworzyć. – Regina jest taka wrażliwa na zmiany pogody.

Leon Rottweiler skończył pięćdziesiąt lat i był słusznej postury szatynem o wypomadowanych włosach. Na sobotni podwieczorek stawił się ubrany w szare spodnie w ciemne paski, ciemnoszarą marynarkę z miękkiej wełny i kanarkową koszulę, pod szyją zawiązał krwistoczerwoną apaszkę. Regina Rottweilerowa, niewysoka naturalna brunetka pięć lat młodsza od małżonka, miała tendencję do tycia i jej jasnoróżowy kostium był tego koronnym dowodem.

— Już myślałam, że nigdy nie przestanie padać. – Nadstawiła Mopsowej policzek na powitanie. – Ledwo się obroniłam przed migreną.

— Reginka jest niezmiernie wyczulona na zmiany pogody – przypomniał Rottweiler i pocałował gospodynię w rękę.

Mops musnął ustami rękę Rottweilerowej i przywitawszy się z Rottweilerem, usunął się na bok.

— Aleś wyszczuplała przez te dwa tygodnie! – krzyknęła Mopsowa. – Jakaś nowa dieta?

— Widzisz, Leonie, zauważyli! – Rottweilerowej śmiały się oczy.

— Inżynierska głowa! – Leon klepnął się w czoło.

— Co to za cudo? – dopytywała Mopsowa.

— Sposób doktora Labradora – wyjaśniła Regina.

— Musicie nam koniecznie opowiedzieć!

— Cudowna recepta! Sukces gwarantowany! – Pan Rottweiler położył palec na ustach. – Ale na razie sza!

Kiedy cała czwórka zajęła miejsca przy stole, Rottweiler, mieszając kawę w filiżance, podjął z triumfującą miną:

— Wystawcie sobie, moi drodzy, czytam ja onegdaj gazetę i widzę takie oto ogłoszenie: „Naukowa metoda wyszczuplania sylwetki. Odczyt doktora Labradora. Wstęp wolny”.

Rottweilerowa pokiwała głową.

— Wiecie, jak Leon uważnie czyta gazety.

— Oho, myślę sobie, cóż to za naukowa metoda? Panie Rottweiler, musi pan pójść i sprawdzić osobiście.

— Leon jest bardzo dociekliwy – przypomniała Rottweilerowa, nabierając porcję szarlotki.

— Nie znoszę hochsztaplerów. Tylu ich się dzisiaj panoszy w nauce. No więc poszedłem ja na ten odczyt, posłuchałem, a następnego dnia, wystawcie sobie, sprowadziłem to cudo doktora Labradora do domu. Wyśmienita rzecz!

— Kto jak kto, ale mój Leon zna się na wynalazkach.

Ręka pani Mopsowej zastygła z łyżeczką przy ustach.

— Co to za novum? Płonę z ciekawości.

— „Balansator sylwetki”. Równomiernie kształtuje sylwetkę na zasadzie rozciągania układu kostno-stawowego. Wystawcie sobie, że kończyny ulegają wydłużeniu nawet do pięciu centymetrów!

— Niesłychane! Niesłychane! – wyszeptała gospodyni.

— Jednocześnie mięśnie się uelastyczniają i, uwaga, tkanka tłuszczowa także ulega rozciągnięciu.

Pani Mopsowa szybko przełknęła porcję szarlotki i wykrzyknęła:

— Cudowny wynalazek!

— Trochę go, rzecz jasna, udoskonaliłem. Co chcecie, inżynierska głowa!

— Wiecie, jaki mój Leon jest wytrwały.

Mopsowa spojrzała na męża i rzekła z przyganą w głosie:

— Henryku, czemu nic nie mówisz?

Pan Mops sięgnął po cukierniczkę i odparł przytomnie:

— Uważam, że taki balansator sylwetki to nieodzowna rzecz. Koniecznie musimy go nabyć.

— Ach! – Mopsowa spuściła wzrok. – Cały on! Zawsze wie, co dla mnie dobre.

— To sprawa wizji, moja droga. – Rottweilerowa przybrała mądrą minę. – Podobno każdy artysta to człowiek z wizją.

— O, tak, wizja – podchwycił Rottweiler z pełnymi ustami. Przeżuł i dokończył: – Widzieć więcej niż inni. Wybiegać myślą w przyszłość. Tak rodzą się wielkie idee i wynalazki.

— Mój Henryk jest nietuzinkowym artystą. Strumyki, polanki, drzewa obsypane kwieciem – wszystko jak żywe!

— My z Leonem też się interesujemy sztuką. Nie dalej jak wczoraj powiesiliśmy w salonie reprodukcję „Kleopatry i Cezara”.

— Jakież ten Cezar budował mosty! – Rottweiler zadumał się nad kawą.

— Wybacz, Reginko – Ernestyna zmrużyła oczy – ale portretowi daleko do krajobrazu. Landszaft to dusza natury przeniesiona na płótno. Prawda, Henryku?

— Uwielbiam malować krajobrazy – oznajmił smętnie Mops.

— Sami widzicie, jak mój Henryk jest przywiązany do swojej wizji. Co do portretów, nie uważacie, że jest w nich coś wysoce niestosownego? Te wszystkie loczki, zalotne spojrzenia, krągłości i wypukłości…

— Nas też to oburza. Prawda, Leonie?

Rottweiler kiwnął potakująco.

— A są kobiety – ciągnęła Mopsowa – które pozwalają, by je malować w negliżu. Wyobrażacie sobie?

— My byśmy czegoś takiego nigdy nie powiesili. Prawda, Leonie?

— Gołe uda, piersi i cała reszta na widoku! – kipiała Mopsowa.

— Ohyda! – zawtórowała jej Regina.

— Zgodziłam się wstawić do jednej z galerii kilka prac Henryka. A dzisiaj ujrzeliśmy na tej samej wystawie dwa kobiece akty! Obrazy Henryka obok piersi ladacznic!

— Jakie to płaskie! – żachnęła się Rottweilerowa.

— Naturalnie zaraz w poniedziałek pójdę i wycofam płótna Henryka.

— Jaka to galeria? – Rottweiler spytał mimochodem.

— Nigdy już tam nic nie wstawimy. Nadużyli mojego zaufania. Prawda, Henryku?

— Po tym co zobaczyłem, jeszcze teraz czuję dreszcze.

— Jest taki wrażliwy!

— Ach, ta wrażliwość! – Rottweilerowa pomasowała skroń. – To przez nią skazana jestem na migreny. Ale ostatnio mój Leon wpadł na wspaniały pomysł.

— Inżynierska głowa, co? No więc którejś niedzieli siedzę sobie i myślę. Leonie Rottweiler, co w myśl naukowych recept najlepiej chroni przed stresem, który atakuje zwłaszcza istoty tak wrażliwe jak twoja Regina? Kontakt z naturą!

— Natura, ot co – podchwyciła Mopsowa.

— A jak sprawić – perorował Rottweiler – by przez okrągły rok, dzień w dzień, w słotę i pogodę mieć zapewniony kontakt z naturą?

— Płonę z ciekawości.

Rottweiler odczekał dla spotęgowania napięcia i ogłosił:

— Trzymać w domu zwierzątko!

— Ale z tym wiąże się tyle kłopotów.

Rottweiler wzruszył ramionami atlety.

— Nie myślę, naturalnie, o piesku. Psa trzeba wyprowadzać na spacer, karmić, kąpać i szczotkować.

W oczach Mopsowej zaszkliły się łzy.

— Moja świętej pamięci mamusia trzymała papużki – wspomniała.

— Z początku też myśleliśmy o papużkach. Regina miałaby z kim porozmawiać, kiedy wyjeżdżam w interesach.

Mopsowa przetarła oczy skrawkiem obrusa.

— Papużki podobno się przywiązują do właścicieli.

— Tak czy inaczej z papużek zrezygnowaliśmy. Nie macie pojęcia, jakie mogą być niebezpieczne! Nie dalej jak w czwartkowej gazecie przeczytałem, że pewna papużka pod nieobecność gospodarzy wyjęła z popielniczki żarzący się papieros, upuściła niedopałek na tapczan i wywołała pożar.

— Jakie te ptaki są głupiutkie – spuentowała Rottweilerowa.

— Henryku, żebyś mi nigdy nie sprowadzał do domu papużek!

— W zasadzie dobrym wyborem byłby kot – dywagował Rottweiler. – Ale jak się zastanowić, z kotami też są kłopoty. Miauczą po nocach. Poza tym kot może stanowić problem natury państwowej! Czytałem onegdaj w gazecie, że rząd stanu Australia Południowa zmuszony był wprowadzić godzinę policyjną dla kotów. Zakazano im też urzędowo wstępu do niektórych miejsc. Chodzi o to, by móc kontrolować rozmnażanie się bezdomnych kotów. Bezdomnych, ktoś powie. No tak, ale jaką mamy gwarancję, że nasz domowy kocur po wyjściu z domu nie zada się z bezdomnym dzikusem i nie narobią rządowi kłopotów? Tak jakby nasz ukochany rząd nie miał i tak wystarczająco dużo na głowie.

— Jakie te koty są głupiutkie – żachnęła się Rottweilerowa.

— A skoro mowa o zwierzętach – ciągnął jej małżonek – to jest faktem niepodważalnym, że mogą być niebezpieczne także po śmierci. Czytałem niedawno w gazecie o pewnym myśliwym w Minnesocie, który po ustrzeleniu dzika zaczął go na miejscu patroszyć. W trakcie tej czynności martwy dzik osunął się na strzelbę tak niefortunnie, że broń wypaliła i myśliwy zginął od jednej kuli.

— Jakie te dziki są nierozważne.

— Reginko, jeszcze trochę szarlotki? – zaproponowała Mopsowa. – Tak niewiele zjadłaś.

— Już chyba nic nie przełknę. No, może jeszcze ten jeden kawałeczek.

Leon Rottweiler długo się rozglądał po zastawionym stole, na koniec powiedział aluzyjnie:

— Kochanie, teraz nie musisz się bać, że utyjesz. Choćbyś zjadła pół tuzina bez, balansator sylwetki w godzinę pomoże odzyskać szczupłą sylwetkę.

Mopsowa klepnęła się w czoło.

— Wybacz, Leonie, na śmierć zapomniałam o bezach!

— Ależ, Ernestyno, nic się nie stało – zapewnił Rottwelier z markotną miną.

— Przecież wiem, że przepadasz za bezami. Ale jeszcze nie ma szóstej, a cukiernia jest niecałe trzysta metrów stąd. Henryk obróci w kwadrans.

— Po co tyle fatygi…

— Henryku!

Pan Mops wytarł usta serwetką i podniósł się od stołu, zostawiając napoczętą szarlotkę.

— Kupisz dwanaście bez. Tylko na Parkowej, nigdzie indziej.

Podczas gdy pan Mops w przedpokoju zakładał buty, w salonie dalej toczyła się rozmowa.

— Na Parkowej już mnie znają – wyjaśniała Mopsowa. – Nie wcisną mu nieświeżych ciastek albo, uchowaj Boże, makowca.

— Makowca nie wzięłabym do ust! – Rottweilerowa aż się wzdrygnęła.

— Trudno pojąć, że kulturalny człowiek może w czymś takim gustować. Mak chrzęści w ustach jak piasek i wciska się w szpary między zębami.

— Á propos maku – włączył się Rottweiler – czytałem w środowej gazecie o robotniku, który zleciał z rusztowania i się zabił, bo spadła na niego chmara wróbli. Okazało się, że wcześniej ptaki wyjadły mak z ciastek, które ktoś wyłożył na parapet. Straciły rozum, jakby szaleju się najadły.

— Jaki te wróble są niemożliwie głupiutkie.

Rozdział 3

DZIĘKI BEZOM HENRYK MOPS POZNAJE SUE PEKINKĘ I SMAK MAKOWCA. SUE DEKLARUJE MIŁOŚĆ DO SZTUKI, A HENRYK ZA SPRAWĄ KROPKI PO FARBIE ODKRYWA, ŻE MALARSTWO PEJZAŻOWE NIEJEDNO MA IMIĘ.

Pan Mops schodził po schodach i z każdym krokiem było mu lżej na duszy. Wyszedł na jasną od słońca ulicę i głęboko odetchnął. Wysprzątane chodniki były opustoszałe, jezdnią z rzadka przejeżdżał samochód. Z okna na parterze dochodziło kocie miauczenie albo odgłosy miłosnej schadzki. „Jeszcze jedna wiosna bezpowrotnie minęła” – pomyślał smutno. Przeszedł jezdnię i zapuścił się w Parkową, aż znalazł się przed drzwiami cukierni. Były zamknięte, a na szybie wisiała kartka: „Z powodu awarii instalacji chłodniczej zakład cukierniczy zamknięty do odwołania”. Wyobraził sobie, jak Leon Rottweiler krzywi się niepocieszony nad porcją wuzetki – i podjął decyzję. Ruszył w górę Parkowej, skręcił w Różaną i po przejściu czterystu kroków zatrzymał się przed rzęsiście oświetloną cukierenką opatrzoną szyldem „Pod Różami”. Zebrawszy się na odwagę, pchnął oszklone drzwi i wszedł do środka.

Za ladą pośród bombonierek, słojów z cukierkami i kolorowych piramid ciastek urzędowała młoda ekspedientka. Ciemnoblond włosy miała związane w kucyk, oczy koloru ultramaryny, twarz pociągłą i cerę świeżą jak brzoskwiniowa skórka. Turkusowa sukienka przewiązana białym fartuszkiem podkreślała filigranowe kształty. Powitała Henryka uśmiechem, od którego stopić by się mogły lody w czterech metalowych termosach za szkłem.

— Co za szczęśliwe zakończenie dnia! Klient tuż przed zamknięciem, i na dodatek mężczyzna!

Mops poczuł, jak przez serce przebiegają mu tabuny mrówek.

— Przyszedłem po ciastka – wydukał.

— Serniki, rurki z kremem, bajaderki, eklerki, babeczki, napoleonki, magdalenki, pączki, ptysie, wuzetki, ciastka z makiem?

Wpatrzony w ultramarynowe oczy Mops myślał z żalem, że nawet najdłuższa lista ciastek kiedyś musi się skończyć.

— Poproszę bezy. Dwanaście sztuk.

— Świeżutkie, że palce lizać.

Bezy jedna za drugą lądowały w tekturowym pudełku. Mops wyobraził sobie, że usta Rottweilera będą dotykać ciastek –  poczuł do Leona nienawiść.

— Pobrudził się pan. Mogę?

Dotknęła mu policzka i zaczęła lekko pocierać. Serce Mopsa zamarło.

— Nie chce zejść – usłyszał.

Odwrócił się do lustra za plecami: na lewym policzku, blisko nasady nosa, widniała żółta kropka. Poślinił chusteczkę i tarł tak długo, aż plamka znikła.

— To od farby – wyjaśnił.

— Pan maluje?

— Proszę wybaczyć, nie przedstawiłem się. Henryk Mops, artysta malarz.

— Jakie to ekscytujące! – Podała rękę do pocałunku. – Zuzanna Pekinka. Ale proszę mówić do mnie Sue. Artysta malarz! A ja tak marzę, by ktoś mnie namalował!

Musnął ustami dłoń pachnącą skórkami pomarańczy.

— Maluję tylko krajobrazy. Głównie pagórki i dolinki.

— Prawdziwy artysta potrafi namalować wszystko.

— Pagórki i dolinki – powtórzył, przyglądając się kształtnym piersiom pod dekoltem.

— Pewnie uważa pan, że się nie nadaję.

— Ależ bynajmniej! Urzekający pejzaż.

— Jaki pan miły! Proszę zamknąć oczy i otworzyć usta.

Oparty rękami o ladę, pochylił się do przodu, zacisnął powieki i otworzył usta.

— I jak?

— Bardzo smaczne.

— No właśnie. A pan by tylko bezy i bezy.

— Co to było?

— Makowiec.

— Jedna słodycz. I co za aromat!

— Poznałam malarza! To takie ekscytujące.

— Postaram się zaglądać częściej.

— Gdyby jeszcze zechciał pan mnie namalować!

— Pani jest idealnie pejzażowa.

— Proszę mówić do mnie Sue.

Z cukierenki „Pod Różami” Mops wyszedł z tuzinem świeżych bez, wspomnieniem smaku makowca i sercem rozdygotanym.

Rozdział 4

ROTTWEILER CHWALI BEZY I OBNAŻA LEKKOMYŚLNOŚĆ JELENI, A HENRYK USUWA DOWÓD MAKOWEJ ZDRADY. NASTĘPNIE SKŁADA BRZEMIENNĄ W SKUTKI DEKLARACJĘ WZGLĘDEM KUPNA BALANSATORA SYLWETKI. DOWIADUJEMY SIĘ PONADTO, DLACZEGO LIDER OPOZYCJI JEST NIEROZGARNIĘTY ORAZ CO WSPÓLNEGO MA ERNESTYNA MOPSOWA Z RYBĄ RZUCONĄ NA ROZGRZANĄ PATELNIĘ.

Czas szybko płynął, a Mops tymczasem, oddając się marzeniom, zbyt wolnym krokiem zmierzał do domu. Dopiero na wysokości kamienicy oprzytomniał. Biegiem pokonał schody, odczekał chwilę dla uspokojenia oddechu, cicho otworzył kluczem drzwi i wsunął się do przedpokoju. Nie zapalając światła, zmienił buty na domowe, poprawił krawat i obejrzał się pobieżnie w lustrze.

Z salonu dochodziła ożywiona rozmowa, ton nadawał Rottweiler.

— Czytałem onegdaj w gazecie o bardzo podobnym przypadku – opowiadał. – Myśliwy postrzelił jelenia, ale ten uciekł. No więc, wystawcie sobie, myśliwy wraca do domu samochodem po nieudanym polowaniu. Traf chciał, że akurat kiedy przejeżdżał pod skalnym cyplem, prosto na samochód spadł tenże właśnie ranny jeleń, który tymczasem zdołał się dowlec aż tak wysoko. Dwa trupy na miejscu.

— Jakie te jelenie są nieostrożne – skwitowała Rottweilerowa.

Ernestyna powitała męża kwaśną miną.

— Czemu tak długo?

— Na Parkowej było zamknięte i musiałem iść aż na Różaną.

— Umyj ręce, zanim usiądziesz do stołu.

W łazience, myjąc ręce nad umywalką, uśmiechnął się do lustra – i raptem dostrzegł między zębami drobinki maku. Serce podeszło mu do gardła. Zaciągnął zasuwkę i tak energicznie czyścił zęby pastą i szczoteczką, aż rozbolał go nadgarstek.

***

Równo z wybiciem godziny siódmej Rottweiler skończył pałaszować dwunastą bezę.

— Pychota. Nawet lepsze niż zwykle – orzekł.

— Na Różanej mają doskonałe wyroby – pochwalił Henryk.

— Nikomu nie robią łaski. Dzisiaj klienta trzeba szanować – oświadczyła pani Mopsowa.

— Nie inaczej! – przytaknął Rottweiler.

— Kiedy moja świętej pamięci mamusia przejęła po tatusiu zakład złotniczy, to dla przykładu zwolniła połowę pracowników.

— Ludzie mają dziś za dobrze – skomentowała Rottweilerowa. – Każdy chciałby dużo zarabiać i nic nie robić.

— A słyszeliście – podjął Rottweiler – jak lider opozycji zaatakował premiera? Że niby przez politykę jego rządu pogłębia się bezrobocie. Tak jakby premier nie miał innych kłopotów na głowie jak zajmować się gospodarką.

— Jaki ten lider opozycji jest nierozgarnięty – stwierdziła Regina z niesmakiem.

— Zajrzyjcie koniecznie w przyszłą sobotę – poprosił Rottweiler, kiedy dwadzieścia minut później żegnali się z gospodarzami.

— Przy okazji Ernestyna obejrzy mój balansator sylwetki.

— Idę o zakład, kochanie, że do soboty Ernestyna będzie mieć własny balansator.

— Jeśli Henryk się zgodzi. – Mopsowa zatrzepotała rzęsami. – To tyle pieniędzy.

— Zaraz w poniedziałek złożę zamówienie w firmie doktora Labradora – zapewnił Henryk.

— Czyli we wtorek wam przywiozą – podsumował Rottweiler. – Ustawią maszynę w tri miga, a jej obsługa jest bajecznie prosta.

— Och, sama nie wiem – krygowała się Mopsowa. – Ale skoro Henryk nalega…

Zamknęła drzwi za gośćmi i tanecznym krokiem wróciła do salonu. Mops tymczasem poszukał azylu w łazience. Biorąc kąpiel w wannie, błądził myślami wokół Sue Pekinki i w marzeniach dobierał farby, by wiernie oddać brzoskwiniowy odcień policzków. W szlafroku przemknął do pracowni i odczekawszy, aż małżonka wkroczy do łazienki, chwycił szkicownik, by szybkimi kreskami nakreślić portret Zuzanny. Szkicownik z rysunkiem wsunął pod fotel i kiedy zjawiła się Mopsowa odziana w kusy czerwony szlafroczek, spod którego wyglądały grube uda różowe po kąpieli, stał kontemplując z niewinną miną wiejski pejzaż na sztalugach.

— Byłeś dziś taki stanowczy, Henryku. Należy ci się nagroda.

Otrząsnęła się jak ryba rzucona na rozgrzaną patelnię i szlafroczek zsunął się na podłogę.

Rozdział 5

DO SYPIALNI WKRACZA BALANSATOR SYLWETKI, A DO SERCA HENRYKA WKRACZA PANNA SUE PEKINKA. POZNAJEMY GENIUSZ PREMIERA RZĄDU I DANE JEST NAM PODZIWIAĆ ZABIEGI PANI MOPSOWEJ NA RZECZ SZCZUPŁEJ SYLWETKI I ŚWIEŻEJ CERY. PODCZAS GDY ERNESTYNA NA BALANSATORZE WYTRWALE ROZCIĄGA KOŃCZYNY, HENRYK ZDRADZA MALARSTWO PEJZAŻOWE DLA SZTUKI PORTRETOWEJ.

W poniedziałek z samego rana Henryk zadzwonił do firmy doktora Labradora i zamówił balansator sylwetki. Błogosławił w myślach wynalazek, bo gdy Ernestyna przez następne trzy godziny konferowała telefonicznie z Rottweilerową o zaletach urządzenia, on mógł bez przeszkód pokrywać karton za kartonem podobiznami ekspedientki z cukierni.

Popołudnie i część wieczoru wspólnie z żoną przemeblowywał sypialnię, by zrobić miejsce na balansator. Małżeńskie łoże wraz z przynależnymi doń szafkami, toaletką i dużą lampką nocną przesunęli w prawo, trzydrzwiowa mahoniowa szafa na ubrania stanęła bliżej drzwi, etażerka zaś wywędrowała do salonu. Zaraz po wieczornej kąpieli Mopsowa udała się na spoczynek, by przed atrakcjami następnego dnia wypocząć i nabrać sił.

Nazajutrz po porannej kawie Mops wymknął się z domu pod pretekstem zakupu gazety. Jak zawsze na pierwszej stronie „Kurier Przewodni” przynosił najświeższe informacje o dokonaniach premiera; czekając na zielone światło, Mops zadumał się nad geniuszem człowieka, który w ciągu dwudziestu czterech godzin złożył wizytę w sąsiednim państwie, dokonał otwarcia czterech fabryk, wieczorem wydał przyjęcie dla ambasadorów zaprzyjaźnionych krajów, w chwilach wolnych zaś od państwowych zajęć napisał dwa kolejne rozdziały autobiografii. „Jak to trudno wszystkich zadowolić” – zasmucił się, przeczytawszy maleńką notkę w lewym dolnym rogu, w której redakcja „Kuriera Przewodniego” ze słusznym oburzeniem cytowała kolejne absurdalne oskarżenia, jakie lider opozycji wysuwał pod adresem premiera.

Bez zdziwienia spostrzegł, że nogi same zaniosły go do cukierni „Pod Różami”. Przy ladzie czekało kilkoro starszych klientów, para zakochanych zajmowała jeden z czterech małych stoliczków. Panna Pekinka spostrzegła go i oczy się jej zaśmiały. Kiedy zostali przy ladzie sami, szepnęła:

— Bałam się, że więcej pan nie przyjdzie.

— Gdybym mógł, byłbym wcześniej.

— Beza?

— Wolę makowiec, jeśli panna Zuzanna pozwoli.

— Proszę mówić do mnie Sue. Następnym razem przygotuję ciasto domowego wypieku.

Siedząc przy stoliku jadł makowiec jak najwolniej i zerkał zza gazety na Sue za ladą. Wyskrobał talerzyk do czysta.

— Smakowało?

Zebrał się na odwagę i patrząc w ultramarynowe oczy, wyznał:

— Mógłbym tak jeść i jeść.

— A ja bym panu godzinami pozowała!

— Rzecz najważniejsza to trafnie oddać ludzkie wnętrze. A to wymaga czasu.

Zgrabnym pochyłym pismem zapisała adres na skrawku papieru.

— Jutro mam wolne. Proszę koniecznie przyjść. Bardzo proszę!

***

Wracał uskrzydlony. Zamknął się w łazience, by pozbyć się śladów makowej zdrady, więc wchodząc do sypialni zęby miał czyste, za to w głowie gorączkę. Balansator sylwetki wypełniał przestrzeń między ścianą a małżeńskim łożem. Z wyglądu przypominał leżankę, u wezgłowia i w nogach zamocowano metalowe ramy ze skórzanymi uchwytami na dłonie i stopy, od każdego uchwytu odchodziła aluminiowa rurka naciągowa, zakończona z boku pokrętłem. Ernestyna spoczywała na skórzanym obiciu i prężyła ciało.

— Jakby mi z dziesięć lat ubyło!

— Mam się przenieść ze spaniem do salonu?

— Ależ skąd! Będziesz świadkiem, jak się odmładzam. Możesz mi pomóc?

Pomógł jej umieścić pulchne kończyny w skórzanych uchwytach i ściągnął paski na nadgarstkach i kostkach stóp.

— Nie za mocno?

— Zaciskaj do oporu. Konstruktor wyposażył uchwyty w specjalną wyściółkę. Uwaga! Teraz będziesz naciągał.

Aluminiowe rurki wydłużały się niemal bezgłośnie, a wraz z nimi rozciągały się ręce Ernestyny. Nie jęknęła, gdy Henryk w myśl instrukcji jął naciągać nogi.

— Jeszcze odrobinę! Och, jak mi lekko! Poleżę tak z kwadrans. Doktor Labrador nie zaleca dłuższych sesji w pierwszym tygodniu ćwiczeń.

— To ja popracuję u siebie nad pejzażem.

— Najpierw jeszcze przynieś mi z łazienki maseczkę na twarz. Wspaniale odmładza cerę. I włącz koncert Mozarta. Jego muzyka tak mnie wzrusza.

Kiedy maseczka przykryła twarz Ernestyny a z płyty popłynęła muzyka, Mops czmychnął do pracowni, by zdradzać malarstwo pejzażowe dla sztuki portretowej.

Rozdział 6

ERNESTYNA ODCZUWA WIELORAKIE SKUTKI ĆWICZEŃ NA BALANSATORZE SYLWETKI, A HENRYK POD PŁASZCZYKIEM UPRAWIANIA SZTUKI RUSZA NA SPOTKANIE PRZEZNACZENIA.

Nazajutrz od rana Mopsowa rzuciła się w wir domowych prac. Doktor Labrador orzekłby zapewne, że wzmożona aktywność była pożądanym następstwem seansu z balansatorem sylwetki, zdaniem malkontentów jednak w ten właśnie sposób organizm się bronił przed zastojem krwi w żyłach po długotrwałym ucisku.

— Henryku, dziś w ogóle nie malujesz? – zagadnęła, wycierając miotełką kurz z obrazów.

— Zastanawiam się, czy nie porobić trochę szkiców w plenerze. Taka ładna pogoda.

— Dawno miałam ci to zaproponować. Każdy liczący się malarz ma w dorobku pejzaże miejskie. Tylko się nie spóźnij na obiad.

Przebrał się w niebieską koszulę z krótkim rękawem, założył kamizelkę z ciemnego atłasu, zabrał szkicownik i ruszył na przystanek tramwajowy. Tramwaj numer 25 zawiózł go do dzielnicy N. w południowej części miasta. Wysiadł i pomagając sobie karteczką, odszukał adres. Z bijącym sercem nacisnął guzik dzwonka. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.

Panna Pekinka miała na sobie krótką granatową spódnicę w białe grochy, odsłaniającą nogi aż po górę smukłych ud.

— Czułam, że pan przyjdzie. – Przycisnęła dłoń do piersi. – Od rana serce mi skacze jak oszalałe.

— Przyniosłem szkicownik. – Wyciągnął przed siebie dużą tekturową teczkę.

— Specjalnie na dzisiaj upiekłam makowiec.

***

Wynurzyła się z łazienki w zwiewnej różowej podomce, spięte w koczek włosy odsłaniały delikatny kark i kształtną linię szyi. Przysiadła na krześle na tle ciężkich kotar i założyła nogę na nogę.

— Tak dobrze?

Wciśnięty w fotel naprzeciwko, ze szkicownikiem na kolanach, Mops przymuszał rękę z ołówkiem do posłuszeństwa.

— Głowa odrobinę w lewo.

— Może być?

— Czegoś jeszcze brakuje...

Rozpięła górny guzik podomki, potem następny.

— Lepiej?

— Jesteś taka… pejzażowa.

— Co widzisz?

— Łagodny owal pagórka w poświacie zachodzącego słońca.

Odsłoniła drugą pierś.

— A teraz?

— Dwa bliźniacze owale marmurowych wzgórz zwieńczonych różowymi cypelkami.

— Powiedz: piersi.

Nabrał w płuca powietrza i wyszeptał:

— Piersi.

— O, Henri! Jak ty potrafisz przemawiać do kobiety. – Wyciągnęła do niego ręce.

Pan Mops poderwał się, szkicownik rzucił na fotel i na miękkich nogach ruszył na spotkanie przeznaczenia.

Rozdział 7

BALANSATOR PRZYWODZI ERNESTYNĘ DO ODKRYĆ W SFERZE DUCHA, HENRYK TYMCZASEM WPRAWIA SIĘ W SZTUCE MYDLENIA OCZU I GRZE POZORÓW. ERNESTYNA POSTANAWIA UKRÓCIĆ MALARSKIE WYPADY MĘŻA DO MIASTA, CO JEGO SAMEGO ZMUSZA DO PODJĘCIA BRZEMIENNYCH W NASTĘPSTWA DECYZJI.

Przez cały tydzień oddawał się sztuce portretowania i uczył się kłamać. Na podstawie widokówek sporządził potajemnie w pracowni serię rysunków na dowód, że czas poza domem spędza na studiowaniu miejskich pejzaży. Z myślą o dzisiejszej eskapadzie zawczasu przygotował szkice Zamku Księcia Hildebrandta, imponujący wielkością i bogactwem szczegółów kompleks forteczny z początku XV wieku.

Ernestyna tymczasem konferowała przez telefon z Rottweilerową.

— Tego doktora Labradora należałoby ozłocić! Ćwiczę dopiero od tygodnia, a już się czuję, jakby mi ktoś z dziesięć lat odjął. Cudo techniki. Koniecznie podziękuj Leonowi. Jak to dobrze, że tak uważnie czyta gazety.

Kiedy zajrzała do pracowni, Henryk pracował nad płótnem przedstawiającym XIX-wieczny dworek i maszerujący obok oddział fizylierów.

— Jak my się z Reginą rozumiemy!

— Wybierają się do nas?

— Zaprosiłam oboje na sobotę. Nie mogę się doczekać. Zwali ich z nóg, kiedy mnie zobaczą.

— Taki balansator sylwetki do doskonała rzecz.

— Wzmaga także potencjał duchowy. Mnie na przykład wyostrzył zmysł estetyki. Nareszcie pojęłam istotę feng shui! Od dziś koniec z chaosem w domowej przestrzeni!

— Znów będziemy przestawiać meble?

— Nie bądź wulgarny! Jako artysta też byś się mógł zainteresować feng shui. A w ogóle to ostatnio niewiele malujesz. – Szybko zlustrowała płótno na sztalugach. – Chyba to i dobrze, że dla odmiany zająłeś się tematyką historyczną. Powinieneś się rozwijać. Może zaczniesz malować sceny batalistyczne?

— A wiesz, że też o tym pomyślałem? Zamierzam nawet wybrać się dzisiaj pod Zamek Księcia Hildebrandta i zrobić trochę szkiców z natury.

— Chyba jednak będę musiała ukrócić te twoje wyjścia. W sumie tylko tracisz czas. Przecież do malowania architektury możesz się posłużyć pocztówkami.

— Szkoda nie wykorzystać takiej pogody.

— Ale to ostatni raz. Wracając kup komplet widokówek z zamkiem. Będziesz mógł malować nie wychodząc z domu.

„Cóż, wszystko ma swój koniec” – pomyślał i wymknął się na ulicę, zabierając ze sobą szkicownik z rysunkami Zamku Księcia Hildebrandta.

***

Po wyjściu z tramwaju kupił w sklepie ze słodyczami czerwoną bombonierkę w kształcie serca. Sue powitała go uśmiechem, ale w oczach czaił się niepokój, jakby do ultramaryny ktoś dodał czarnego barwniku.

— Coraz trudniej mi się zwalniać z pracy w środku dnia. – Bombonierkę w kształcie serca odstawiła bez otwierania na półkę w przedpokoju. – Jutro mogę nie dać rady.

— Może nie będzie trzeba – powiedział.

Rozdział 8

ERNESTYNA PRÓBUJE ZAPEWNIĆ DOMOSTWU WEWNĘTRZNĄ RÓWNOWAGĘ, SERWUJĄC FENG SHUI I ZIELONY MAKARON, HENRYKOWI ŚWITA JEDNAK W GŁOWIE ZGOŁA INNY POMYSŁ. SMUTNA ACZ WZRUSZAJĄCA SCENA Z MASECZKĄ I PODUSZKĄ DOWODZI, ŻE NIE KAŻDY SEANS Z BALANSATOREM KOŃCZY SIĘ SZCZĘŚLIWIE.

Po powrocie do domu zastał mieszkanie zmienione nie do poznania.

— Wprowadziłam zasady feng shui – oznajmiła Ernestyna. – Jutro zajmę się twoją pracownią.

W salonie z kandelabra spływały kolorowe jedwabne wstęgi, pokryte egzotycznym pismem i zakończone frędzelkami. Pod oknem piętrzyła się konstrukcja z czterech białych donic różnej wielkości, wypełnionych po brzegi czarnymi jak węgiel kamykami, spod sufitu zwisały cztery różnej barwy lampiony.

— Nie wiesz, co to jest? Wstyd! Symbolizują elementy tworzącej świat materii: ogień, woda, powietrze, ziemia. Nareszcie zaprowadzę w tym domu równowagę.

Miejsce grubego, wzorzystego dywanu zajął sznurkowy czarny chodnik w białe esy-floresy, a przy stoliku z telewizorem legł kamień wielki jak kopiec strusich jaj.

— Zapamiętaj, Henryku, ilekroć jesteś w przedpokoju, masz trącić dzwoneczki szczęścia, tylko delikatnie. Ich melodia przywraca harmonię ducha i ciała. Spróbuj!

— Brzmi doprawdy kojąco – przytaknął.

— Tego kamienia nie waż się ruszyć nawet na centymetr – wskazała jajowate monstrum broniące dostępu do telewizora. – Nazywa się obli-kera-kar-doordum, co w języku ludu Mapuche znaczy „serce domu”. Takie artefakty firma Cocker & Spitz sprowadza aż z Wyspy Wielkanocnej. Neutralizują negatywne fale i usuwają źródła napięć.

Choć nie powiedział tego głośno, obli-kera-kar-doordum wydało mu się dziwnie podobne do kamienia na tyłach sklepu mięsnego braci Husky, który to kamień upodobały sobie bezpańskie psy w okolicy.

— Zaraz podaję obiad. Umyj ręce!

Na stole czekały dwa płaskie talerze, dwie miseczki i komplet sztućców dla dwóch osób. Talerze wypełniał zielony, parujący jeszcze makaron, w miseczkach kłębiły się kiełki.

— Czy wiedziałeś, że zielony makaron zapewnia długowieczność? A kiełki zwiększają potencjał twórczy.

Przełknął odrobinę makaronu i zakąsił kiełkami.

— Jutro podam krem z krewetek. Krewetki doskonale oczyszczają drogi moczowe.

— Już się nie mogę doczekać – zapewnił szczerze, choć zgoła co innego miał teraz na myśli.

***

Punktualnie o osiemnastej trzydzieści Ernestyna, przebrana w żółtą dwuczęściową pidżamę, przystąpiła do pracy z balansatorem sylwetki.

— W drugim tygodniu doktor Labrador zaleca podwoić czas ćwiczeń. To są naukowe metody przetestowane na setkach osób. Cokolwiek teraz robisz, przerwij  i chodź mi pomóc!

Zawsze się stara małżonce dogodzić, zatem tym bardziej dziś niczego nie zaniedba. Skrupulatnie reguluje pokrętła przy uchwytach, wie, że skuteczność metody Labradora zależy od uzyskania maksymalnego naciągu przy równomiernym unieruchomieniu ciała.

— Doskonale! Już czuję, jak tkanka tłuszczowa rozciąga się i uelastycznia. Teraz przynieś maseczkę ziołową.

W łazience na plastikowej tacy leżała przygotowana przez Mopsową maseczka odmładzająca. Henryk wyjął z kieszeni spodni małą buteleczkę, jej zawartość wylał na materiał maseczki i tak wyposażony, wrócił do sypialni, by zgodnie ze wskazówkami Ernestyny poddać jej twarz maseczkowej kuracji.

Błyskawicznie zapadła w chloroformowy sen. Henryk długo i troskliwie otulał jej twarz poduszką, aż nabrał pewności, że więcej się nie obudzi.

Maseczkę pociął na kawałki, wrzucił do muszli klozetowej i spuścił z wodą. Uwolniwszy kończyny małżonki z uchwytów, przeciągnął ciało z balansatora na pościelone łoże. Wziął kąpiel, w pidżamie usiadł w fotelu i z gazetą w ręku zasnął. Obudził się o czwartej rano. Wypił dwa duże łyki kropli walerianowych, zrobił kilkanaście energicznych przysiadów, po czym, mocno zziajany, wybrał numer pogotowia i roztrzęsionym głosem wezwał przez telefon pomocy.

Rozdział 9

MAŁO SŁÓW, ZA TO CAŁE MNÓSTWO ZAŁAMYWANIA RĄK, SZLOCHÓW I ZROZUMIAŁYCH ODNIESIEŃ DO RZECZY OSTATECZNYCH. PODCZAS GDY NA DOBRE ŻEGNAMY SIĘ Z PANIĄ MOPSOWĄ, NA HORYZONCIE POJAWIA SIĘ OSOBNIK W CZARNYM GOLFIE.

Z dwóch tuzinów żałobników większość przyszła na pogrzeb wyłącznie z uwagi na małżonka. Mops nie sprawił zawodu. Broda mu drgała, oczy przesłaniała mgiełka wspomnień, zgarbione plecy wstrząsał tłumiony szloch. Rozkleił się zupełnie na widok spuszczanej do dołu trumny, najwyraźniej mizerną znajdując pociechę w zapewnieniach księdza proboszcza, że po śmierci dostąpi na nowo szczęścia obcowania z małżonką.

— Jakież to przygnębiające! – powtarzała Rottweilerowa, niepewna, kiedy poddać się migrenie.

Żal brało patrzeć, jak w wymiętym czarnym garniturze, wsparty na ramieniu Rottweilera wdowiec przyjmuje kondolencje, a następnie, podtrzymywany przez parę przyjaciół, wlecze się noga za nogą w stronę cmentarnej bramy.

— A jeszcze we wtorek zapraszała nas na sobotni wieczór. – Rottweiler westchnął. – Kto by przypuszczał...

— Jak się dowiedziałam, to chwyciła mnie taka migrena, że dopiero dzisiaj zwlokłam się z łóżka.

— Dobrze przynajmniej, że śmierć miała lekką.

— Zasnęła i już się nie obudziła – powiedział Mops.

— Wyobrażam sobie, co ty wtedy czułeś.

— Nawet nie macie pojęcia.

Rozstawszy się z Rottweilerami, ruszył do domu pieszo. W tym samym momencie z bramy cmentarza wynurzył się wysoki szczupły osobnik w czarnym golfie i przykrótkim szarym garniturze. Miał ciemne przerzedzone włosy i aparycję psa gończego. Odczekawszy chwilę, podążył w pewnym oddaleniu za panem Mopsem.

Rozdział 10

ODKRYWAMY ZASKAKUJĄCE ZWIĄZKI WYSPY WIELKANOCNEJ Z KISZONĄ KAPUSTĄ I DANE JEST NAM LEPIEJ POZNAĆ OSOBNIKA W CZARNYM GOLFIE. POZNAJEMY MIAŁKOŚĆ POLICYJNYCH DOWODÓW I SKŁONNOŚĆ INSPEKTORA DO WZRUSZEŃ, PONADTO OTRZYMUJEMY WYKŁADNIĘ SOLIDNEGO MALARSTWA POPARTĄ BUDUJĄCYM PRZYKŁADEM MAŁŻEŃSKIEJ MIŁOŚCI.

Zamiast wypłakiwać oczy, po powrocie do opustoszałego mieszkania wdowiec rzucił się w wir pracy. Przez dwa kolejne dni zdemontował i zniósł do piwnicy balansator sylwetki, usunął świecidełka, lampiony, dzwoneczki, zwisy, szklane rybki, dekoracje z karbowanego papieru i sznurkowy chodnik w esy-floresy. Po obli-kera-kar-doordum zgłosił się dozorca i z pomocą dwóch dorosłych synów przetransportował kamień do stróżówki, gdzie artefaktowi z Wyspy Wielkanocnej znaleziono stałe miejsce na beczce z kiszoną kapustą. Ciężkie meble, pamiętające jeszcze czasy matrymonialnego męczeństwa rodziciela nieboszczki, Henryk sprzedał w poniedziałek handlarzowi starzyzną. Zdążył zamknąć drzwi za robotnikami firmy przewozowej, kiedy zaterkotał dzwonek.

Za progiem stał wysoki szczupły osobnik w czarnym golfie i przykrótkim szarym garniturze. Miał ciemne przerzedzone włosy i czujne oczy fachowca.

— Pan zapewne w sprawie ogłoszenia.

— Nazywam się Doberman, inspektor Krystian Doberman.

— Nie chodzi o kupno mieszkania?

— Bynajmniej. Przychodzę urzędowo.

— Szkoda. Boję się, że trudno mi będzie znaleźć chętnego na tak duże lokum.

Zaprowadził gościa do salonu i posadził w fotelu na wprost etażerki, na której stały przepasany żałobną krepą portret Ernestyny, ślubne zdjęcie małżonków i sztuczne róże w wazonie.

— Moja świętej pamięci małżonka. Dopiero co ją pochowałem. Proszę wybaczyć…

Otarł oczy chusteczką i mówił dalej:

— Zdecydowałem się na to naprawdę z ciężkim sercem, ale byłem pod presją, proszę mi wierzyć.

Inspektor Doberman nadstawił czujnie uszu.

— O czym pan mówi?

— O sprzedaży mieszkania. Tyle wspomnień, wspólnie przeżytych lat. To jakbym sprzedawał cząstkę mojej biednej Ernestyny…

— Czemu w takim razie pozbywa się pan mieszkania?

— Bo zostałem bez środków do życia. Byłem nawet zmuszony sprzedać co cenniejsze meble. Za życia żony nie musiałem się o nic troszczyć. Ty tylko maluj, Henryku, powtarzała, nie wolno ci zmarnotrawić talentu. Sama utrzymywała cały dom. Dzielna kobieta!

— Pan jest malarzem?

— Ale z malowania się nie utrzymam. – Pokazał obwieszone obrazami ściany. – Przez ostatnie pięć lat sprzedałem wszystkiego trzy płótna.

Inspektor zarzucił sieć, mówiąc z pozoru niewinnie:

— Cóż, jeżeli nie roztrwoni pan całego majątku, to o przyszłość może być pan spokojny.

— Jakiego majątku? – zapytał wdowiec z wyrzutem, że nawet inspektor Doberman poczuł się nieswojo.

— Rozumiem, że żona nie zrobiła zapisu na korzyść osób trzecich. W takim razie jest pan jedynym spadkobiercą. Na pana przechodzi zakład jubilerski i wszystkie aktywa plus bankowe lokaty. Łakomy kąsek.

— To znaczy, że nie muszę się pozbywać mieszkania?

— Po śmierci żony stał się pan bogatym człowiekiem.

— Zawsze powtarzałem, że to anioł nie kobieta! Jej świętej pamięci mamusia była taka sama.

Nawet Dobermana dopadło teraz wzruszenie, a w trzeźwej policyjnej głowie jęły się mnożyć wątpliwości. Podjął jeszcze jedną próbę.

— Panie Mops – zaczął po serii chrząknięć – zdaje pan sobie sprawę, że tak nagła śmierć budzić musi pewne podejrzenia?

Z twarzy wdowca można było teraz czytać jak w książce. Ból mieszał się z niedowierzaniem, niedowierzanie ustępowało miejsca oburzeniu.

— Wiem, do czego pan zmierza. Zapewniam, inspektorze, że pracownikom pogotowia nie można niczego zarzucić. Karetka przyjechała zaraz po moim telefonie. Lekarz i sanitariusze niczego nie zaniedbali. Nie, nie wnoszę wobec nich oskarżeń. Absolutnie odmawiam!

Westchnął przeciągle, aż w płucach mu zagrało.

— Nawet pan nie wie, inspektorze, jakie to straszne tak z dnia na dzień stracić całe oparcie w życiu. Zostały mi tylko wspomnienia. Z jeszcze większym zapałem oddam się malowaniu. Jestem to jej winien. Może przyjmie pan któryś z tych pejzaży? Bardzo proszę! Ernestyna byłaby taka szczęśliwa.

Nie czekając na odpowiedź, zdjął jedno z płócien w ciężkich złoconych ramach – przykład bardzo solidnego malarstwa, bo na samą trawę i kwiaty poszło sześć tubek tempery.

— Z cyklu „Ruczaj na łące przed burzą”. Ernestyna darzyła ten obraz szczególną estymą.

— Naprawdę nie powinienem…

— Proszę nie odmawiać. Jeżeli Ernestyna patrzy na nas z góry, co by sobie teraz pomyślała?

Inspektor Doberman zerknął na ślubne zdjęcie nieboszczki. „Solidnej konstrukcji kobieta. Piękny, budujący przykład miłości”. Bo nawet w życiu śledczego zdarzają się chwile wzruszeń.

Z obrazem pod pachą, pozwolił się odprowadzić do przedpokoju. Podał wolną rękę gospodarzowi i powiedział uroczyście:

— Proszę przyjąć moje najszczersze wyrazy współczucia.

Rozdział 11

GRUDZIEŃ PRZYNOSI MIASTU PIERWSZY ŚNIEG A KAMIENICY NOWEGO LOKATORA. PODCZAS GDY W PŁOMIENIACH KOMINKA KOŃCZY ŻYWOT OSTATNI SYMBOL ODCHODZĄCEGO MATRIMONIUM, PRZEZ LEDWIE KRÓTKĄ CHWILĘ ZERKAMY NA WARTĄ DALSZYCH STUDIÓW GEOGRAFIĘ CIAŁA NOWEJ PANI MOPSOWEJ.

Józef Malamut niezbyt się przykładał do dozorcostwa. Robił akurat tyle, by utrzymać się na posadzie i nie stracić służbowego mieszkania. Ale kiedy w trzecią sobotę grudnia spadł pierwszy w tym roku śnieg, już od rana sprzątał chodnik przed kamienicą. O czternastej zajechała biała limuzyna. Malamut z wyuczoną gracją otworzył drzwi samochodu i został z sutym napiwkiem, a Henryk i Zuzanna wbiegli na drugie piętro. Pan młody wziął świeżo poślubioną małżonkę na ręce i przeniósł przez próg.

W mieszkaniu zaszły duże zmiany. Znikły sielankowe pejzaże, w miejsce starych mebli pojawiły się lekkie nowoczesne konstrukcje z przewagą szkła, skóry i metalu. Książki stały poukładane tematycznie lub według autorów. Gzyms kominka w rogu salonu zdobił portret panny Pekinki.

W holu strzepnęli z włosów śnieg, Sue zrzuciła białe ślubne buciki i przeszła do salonu, Henryk podążył za nią. Zbliżył się niepostrzeżenie i wargami musnął jej kark.

— O, Henri!

Kiedy Sue znikła w łazience, pan młody cisnął marynarkę na skórzano-metalowy fotel i rozpalił ogień w kominku. Wreszcie Sue się wyłoniła – bosa, okryta tylko kusym czerwonym szlafroczkiem Ernestyny.

Henryk zdążył już poznać tajemnice Sue skrywane przed obcymi: lewa pierś jest odrobinę większa, a po wewnętrznej stronie prawego uda czerni się maleńkie znamię, jego intymny drogowskaz.

Teraz do zrobienia pozostaje mu tylko jedno. Kiedy Sue zrzuca szlafroczek, podnosi okrycie z podłogi i pozwala, by reszty dopełnił ogień na kominku.

© Grzegorz Gortat, 2026

Wróć na stronę główną