Dwie śmierci Simona Mathiasa
Franciszek K. mieszka na poddaszu starej szkoły, pisze nekrologi i czyta rękopisy, których nikt nigdy nie opublikował. Wszystko zmienia się, gdy otrzymuje rękopis opisujący losy Simona Mathiasa oraz zlecenie napisania nekrologu dla kobiety, która nadal żyje.
Tak rozpoczyna się niezwykła podróż przez świat, w którym urzędniczy absurd sąsiaduje z metafizyką, a pamięć okazuje się mniej wiarygodna niż literatura. W miarę jak Franciszek próbuje rozwikłać zagadkę, spotyka ludzi skrywających własne historie i musi zmierzyć się nie tylko z cudzymi sekretami, ale również z własną przeszłością.
„Dwie śmierci Simona Mathiasa” to przewrotna i melancholijna opowieść o miłości, śmierci, pamięci i ludzkiej potrzebie nadawania sensu własnemu życiu.
Fragment powieści
Zamiast prologu
Komisarz Branicky ma rację. Doktor Smetny mimo młodego wieku powinien się dobrze sprawić – myśli Simon Mathias, spoczywając bez życia w fotelu za wiśniowym biurkiem. – Sprawa jest dość prosta. Pistolet Glock, nabój kalibru 9 mm. Nawet laik sobie poradzi. Niepotrzebna praktyka w strzelaniu ani znajomość balistyki. Wystarczy przystawić lufę i pociągnąć za spust. Szkoda tylko pani Glückster. Dywan do wyrzucenia. Nieprędko wynajmie apartament nowym gościom. Remont nie załatwi wszystkiego. Zła sława przylgnie do La Roche na długie lata.
Rozdział 1.
Zmiany u Adlerów
Na pierwsze żałobne tam-tam-ta-ram-tam-ta-ram-tam-tam-tam-tam poderwał się od biurka, podszedł do okna i ostrożnie uchylił firankę, szarą od dymu z kominów fabryki Fajnmanna. Z okna służbówki na poddaszu szkoły zobaczył, jak zza zakładu fryzjerskiego po drugiej stronie Sadowej wyłania się pierwszy zaprzęg. Para karych stąpała równym, wyćwiczonym krokiem, ciągnąc zdobiony złoceniami karawan, zza czarnych zasłonek wyglądała solidna, dębowa, polerowana trumna z grawerowanymi uchwytami. Pokazał się drugi karawan, po nim trzeci. Szczęście w nieszczęściu, pomyślał, że Adlerom dobrze się powodziło. Samo wynajęcie karawanów musiało kosztować z pięć tysięcy. Przedsiębiorca budowlany Hektor Adler zajmował pierwszy wóz, siedemnastoletni Ernst jechał w środkowym, kondukt zamykała młodsza o dwa lata Julia. Za życia Adler wznosił bloki mieszkalne, wkomponowane w wiejski krajobraz wille dla nowobogackich, funkcjonalne domy wielorodzinne i dwupoziomowe, niedrogie segmenty. Nie pomyślał o zbudowaniu grobowca. Na owdowiałą małżonkę spadł obowiązek wyboru projektu odpowiadającego potrzebom rodziny; skorzystała z katalogu firmy „Elizjum”, oferującej dwanaście standardowych wzorów z możliwością modyfikacji wedle gustu i zamożności klienta. Pani Adler wpłaciła przedwczoraj pięćdziesiąt tysięcy tytułem zadatku, zatem jeszcze przed nastaniem jesiennej pluchy Hektor Adler z synem i córką spocznie w suchym pomieszczeniu, na wysokiej podmurówce. Zapłaciłaby drugie tyle, by znalazł się chętny do zabrania kanarków. Zapamiętał, że klatki z ptakami zajmowały dwie ściany długiego holu oraz część przestronnej kuchni. „Przejdźmy do salonu” – poprosił gospodarz, przekrzykując ptasi rejwach, kiedy Franciszek zjawił się u Adlerów pierwszy raz, wezwany w związku ze śmiercią seniorki rodu. Na dużym owalnym stole już czekały pomocne przy takich okazjach rekwizyty: zdjęcia z ostatnich lat życia zmarłej, jej ulubiony wełniany pled, odpis aktu zgonu, pamiątkowy medalik z pielgrzymki do Fatimy, pożółkła książeczka do nabożeństwa. Babcia Irena zamknęła oczy dwa dni przed osiemdziesiątymi urodzinami i proboszcz w ostatniej chwili zmieniał zapis w parafialnej księdze intencji mszalnych. „Cicha, spokojna śmierć – objaśniał Adler tonem komiwojażera zachwalającego towar, kiedy sadzał Franciszka przy stole. – Matka zasnęła i więcej się nie obudziła. Piękna śmierć, panie Franciszku, każdemu takiej życzyć”. Wzorem wielu oceniał zjawisko powierzchownie, zwłaszcza gdy zważyć, że to nieboszczka miałaby w danej sprawie najwięcej do powiedzenia. Hektor udał się zaraz do swoich kanarków, a Franciszek mógł przystąpić do pracy. Zwyczajowo zaczął od dopełnienia podstawowej formalności, przepisując z aktu zgonu do dużego notesu w czarnej okładce niezbędne informacje: data i miejsce urodzenia, nazwisko panieńskie, imiona rodziców, dzień zgonu. Osobno umieścił dane o najbliższych krewnych: syn Hektor, synowa Irma, wnuk Ernst, wnuczka Julia. Pled wciąż pachniał perfumami i popularnym gatunkiem damskich papierosów, ale najwięcej śladów życia zachowało się w książeczce do nabożeństwa: pozaginane kartki, rogi pożółkłe od palców, obrazek z modlitwą do Anioła Stróża w zaprasowanym żelazkiem celofanie, zasuszone płatki róż, wyblakły skrawek welonu przyklejony na odwrocie ślubnej fotografii. Już w domu w godzinę sporządził oba teksty: krótszy na klepsydrę, dłuższy do działu nekrologów w dwóch największych lokalnych gazetach. Hektor Adler zastosował się do zaleceń Franciszka, by książeczkę do nabożeństwa pochować razem z matką. Z własnej inicjatywy pozbył się ubrań po zmarłej i opróżnił z mebli jej pokój. Zamierzał przenieść tam klatki z kanarkami, nie zdążył jednak wprowadzić zamiaru w czyn. Irena Adlerowa zmarła w kwietniu, krótko po Wielkanocy, a w ostatni dzień czerwca, w pierwszym tygodniu wakacji, Hektor Adler przywiózł z wycieczki do lasu dwa koszyki grzybów i pani Adlerowa przyrządziła na kolację grzyby w śmietanie. Swoją drogą gdzie jest napisane, że przedsiębiorca budowlany musi się znać na grzybach, myślał Franciszek, kiedy ubrana na czarno wdowa, powłócząc z żałobną ociężałością opuchłymi nogami, prowadziła go do salonu zamienionego w rodzinną izbę pamięci; pod jej policyjnym wzrokiem brał po kolei do rąk i oglądał sfatygowaną futbolówkę Ernsta, wydobyte z pawlacza lalki Julii, kapelusz małżonka, kolekcję fajek i pudełko hawańskich cygar. „Niech to będą nekrologi na całą stronę – zapowiedziała – wykupiłam miejsce w weekendowych wydaniach gazet”. Cisza w mieszkaniu go rozpraszała. Adlerowa wcześniej zatrzymała wszystkie zegary i pozbyła się kanarków. Nie było na nie chętnych, więc uszczelniła okna, odkręciła gaz i na krótko wyszła z domu. Po powrocie martwe ptaki pozbierała do kartonowego pudła, resztą miał zająć się dozorca. Ten pieniądze wziął, ale zamiast kanarki zakopać, wyrzucił truchła do śmietnika, na pastwę podwórzowych kotów.
Dębowe trumny wyglądają naprawdę solidnie i jeśli coś zakłóci spokój Hektora, Ernsta i Julii Adlerów, to na pewno nie koty. Kiedy kondukt, przejechawszy tory kolejowe, znika za zakrętem, Franciszek idzie do łazienki umyć ręce, potem wraca do biurka. Mahoniowa masywność już na niego czeka, wsparta na smukłych, fantazyjnie toczonych nogach, które wydają się zbyt kruche, by dźwigać zaopatrzone w szufladki i skrytki rzeźbione nadstawki, wznoszące się nad gładkim blatem niczym zwieńczenie katedry. Jedyna materialna pamiątka po ojcu, namacalny dowód ukaranej pychy, bo kupując biurko, ojciec roił sobie, że etat reportera w dziale sportowym lokalnego dziennika – skąd przyszło mu wylecieć z hukiem po niespełna trzech miesiącach – jest zapowiedzią wybitnej dziennikarskiej kariery w największej krajowej gazecie.
Uzbrojony w okulary, Franciszek czyta półgłosem, co zdążył wcześniej napisać:
Najdroższa Felicjo!
To już drugi tydzień wakacji, ale trzymam się stałego rozkładu dnia i wstaję o siódmej. Dzięki temu mam więcej czasu na czytanie, no i za twoją radą nie łykam śniadania w pośpiechu. Dziś usmażyłem sobie jajecznicę z mąką i mlekiem. Choć, wstyd przyznać, najczęściej zadowalam się kanapką.
W poprzednim liście zapomniałem napisać, że w szafie zalęgły się mole. Skąd takie robactwo się bierze? Przejrzałem wszystkie twoje rzeczy. Sukienki i bluzki ocalały, ale jasnoniebieski płaszcz nadawał się tylko do wyrzucenia. Kupiłem specjalny środek zapachowy, który ponoć skutecznie mole odstrasza. Mój odświętny garnitur pachnie teraz jak twoje ubrania.
Skreślił ostatnie zdanie i pisał od nowego wiersza:
Pewnie jeszcze nie wiesz o tej tragedii u Adlerów. Ptasiego mleka im nie brakowało, a tu masz! Hektor Adler z początkiem wakacji kupił nowy samochód, w niedzielę zabrał dzieci na przejażdżkę do lasu. Nazbierali grzybów i Adlerowa przygotowała z grzybów kolację. Sama nie jadła, bo jest uczulona na grzyby. Podobno pomylili trującą piestrzenicę kasztanowatą ze smardzem jadalnym. Gdyby mniej zjedli, to może by przeżyli. Ale co komu pisane, to go nie ominie. To mi przypomina niedawną historię o parze austriackich emerytów, rozpisywały się o tym wszystkie gazety. Oboje byli z wykształcenia biologami, a mimo to wzięli trujący zimowit za nieszkodliwy czosnek niedźwiedzi. Przyprawili domowej roboty struclę listkami zimowitu i zjedli. Nie udało się ich odratować. Jeśli biologom zdarzają się takie pomyłki, to co mówić o przedsiębiorcach budowlanych. Najbardziej żal mi Adlerowej. Z dnia na dzień wszystko spadło na jej barki: pochówek, formalności spadkowe, firma. Do tego jeszcze ponad setka kanarków. Adler miał takie hobby, jego sprawa, ale po śmierci Adlera kto miałby się ptakami zajmować? Człowiek powinien wybierać hobby, które nie utrudnia życia najbliższym. Ale co się stało, to się nie odwróci. Niech spoczywa w spokoju i tak dalej. W każdym razie nekrologi naprawdę mi się udały, Adlerowa aż się popłakała. Przynajmniej tyle mogłem dla niej zrobić. To wstyd, że ludzie coraz rzadziej zamawiają wspomnienia pośmiertne u fachowców. Śmierć to zbyt poważna sprawa, by zatrudniać dyletantów. W redakcjach gazet mają z pięć wzorów, wszystko na jedno kopyto: kochany ojciec, dziadek, najukochańsza matka i babcia, zgasł/zgasła w Panu, nieodżałowanej pamięci, nieutuleni w żalu. A jeszcze wybierają najmniejszy druk, żeby jak najwięcej zmieścić na szpalcie. Nekrologi jak spod sztancy. Czy wiesz, Felicjo, że zdarza im się pomylić imiona? Prawdziwa manufaktura.
Jak pamiętasz, przysługują mi trzy tygodnie urlopu, ale praktycznie całe dwa miesiące wakacji mam wolne. Szkoła zamknięta, do biblioteki nikt nie zagląda. Czasem przychodzi paczka z zamówionymi książkami i wtedy wpisuję nowe pozycje do katalogu. Niezmiennie wyczekuję wakacji, bo to wymarzona okazja do nadgonienia z lekturą. Bywa, że jednego dnia przeczytam dwa rękopisy. No i masz, znowu niepotrzebnie zacząłem! Tak cię irytowało to moje czytanie. Wielka szkoda!
W dole dopisał: „Twój Franciszek”, kartkę złożył we czworo, by mieściła się w kopercie, kopertę zakleił i kaligraficznym pismem, którym od dwudziestu lat wypełniał karty biblioteczne, zanotował: „Felicja, 245”. Otworzył szufladę biurka i dołożył kopertę do dwustu czterdziestu czterech listów do żony.
Syreny u Fajnmanna dały znać, że załadowany produkcją z nocnej zmiany pociąg towarowy lada moment wyruszy. Najwyższa pora, by zgodnie z narzuconym sobie przed laty rozkładem dnia zajął się kolejnym rękopisem. I tak by też było, gdyby dźwięki marsza żałobnego nie przywołały ducha innej melodii. Krążąc z kąta w kąt, jeszcze miał nadzieję zająć czymś uwagę; dając za wygraną, przykucnął, w szafce pod radiem wyszukał płytę w stosie czasopism i papierzysk. Wysunął winylowy krążek z podniszczonej okładki i położył na talerzu adaptera.
Pierwszy raz od sześciu lat w mansardzie zabrzmiały słowa piosenki, którą Felicja zwykła nucić, gdy z właściwym młodości nieliczeniem się z czasem szczotkowała wieczorem przed lustrem toaletki długie, mocne włosy, miedziane w świetle nocnej lampki: „Bitte geh nicht fort! Was ich auch getan, was ich auch gesagt, glaube nicht ein Wort!” Z niemałym talentem imitowała niski, zmysłowy głos Dietrich, komicznie poważna, bo z marsową miną na wciąż dziecięcej twarzy śpiewała o ranach miłości, zdradzie, rozstaniach i powrotach.
Więc jednak czasem stamtąd wracają, pomyślał, niezdolny zrobić kroku, bo wspomnienia i ciężar winy spadły na niego zupełnie nieoczekiwanie.
Rozdział 2.
Dwie szafy Wydawnictwa Hellera
Poproszony o przedstawienie się, odpowiedziałby zwięźle: „Franciszek K., lat pięćdziesiąt cztery, bibliotekarz w gimnazjum numer 14 przy ulicy Sadowej 28”. Od lat zajmuje ciasną służbówkę nad biblioteką szkolną. Szkoła to solidny gmach z piaskowca: trzy piętra, wysoki parter i poddasze. Przed wojną mieściło się tu państwowe gimnazjum. Okupanci zamienili szkołę w kwaterę dowództwa wojsk, piwnice i część parteru przerobili na magazyn kwatermistrzowski. Po wojnie w budynku ulokowały się władze kuratoryjne; zajęły pomieszczenia od parteru po drugie piętro, trzecie piętro i poddasze przeznaczając na wynajem prywatnym firmom. W ten sposób na Sadową trafiło Wydawnictwo Hellera, oficyna utworzona jeszcze przed wojną, po śmierci założyciela przemianowana na Wydawnictwo Heller i Spółka i pod taką nazwą działająca do dzisiaj. Kiedy na skutek wyżu demograficznego zaszła konieczność przeznaczenia budynku z powrotem na potrzeby szkolne, wydawnictwo podzieliło los firm, którym kuratorium z dnia na dzień wymówiło dzierżawę. Na skutek czyjejś beztroski, lenistwa czy przeoczenia, po wydawnictwie pozostały na poddaszu dwie metalowe szafy z zawartością.
Na prawo od szkoły, po drugiej stronie ulicy i niewidoczne z okien gimnazjum, zaczynają się zakłady włókiennicze zbudowane pod koniec XIX wieku, niegdyś należące do Fajnmanna. Hale fabryczne, magazyny gotowych wyrobów i składy przędzy ciągną się przez blisko trzysta metrów aż do jasnoszarego, imponujących rozmiarów gmachu na rogu Sadowej i Zachodniej, znanego pod nazwą Pałac Fajnmanna. Israel Jakub Fajnmann od dawna spoczywa na żydowskim cmentarzu. Za zasługi dla miasta i przemysłu trafił do encyklopedii, fabryka tymczasem wraz z kompleksem pałacowym znalazła się w rękach władz miasta. Fajnmann sfinansował także osiedle dla robotników. Trzypiętrowe bliźniacze domy z poczerniałej cegły naprzeciwko fabryki tworzą jeden szereg i sięgają terenu szkoły. Na jej tyłach urządzono boisko fabrycznego klubu sportowego, oddzielone od ulicy ogrodzeniem z kolczastego drutu. Pod koniec kwietnia na bieżni wyrasta ring bokserski i pozostaje tam do drugiego tygodnia września. Jeżeli nie pada deszcz, w każdą sobotę i niedzielę Franciszek może oglądać spoconych bokserów przez świetlik w przylegającym do jego mieszkania dawnym magazynie Wydawnictwa Hellera.
Kiedy stojąc w oknie służbówki pobiegnie spojrzeniem w lewo, widzi tory kolejowe i biało-czerwony szlaban. Na czas przejazdu pociągu szlaban jest opuszczany i wtedy nawet kondukty pogrzebowe muszą swoje odstać. Trzysta metrów dalej Sadowa schodzi się ukośnie z ulicą Cmentarną. Ta ostatnia otrzymała nazwę na wyrost, bo cmentarz znajduje się przy Sadowej. Pod adresem Sadowa 40 stoi dom, w którym Franciszek przyszedł na świat. Niekiedy nachodzi go myśl, że całe jego życie zamyka się w obrębie trójkąta: jeden wierzchołek to dom, w którym się urodził, drugi stanowi szkoła, którą przed laty ukończył, a gdzie obecnie mieszka i pracuje, trzeci wierzchołek trójkąta to cmentarz przy Sadowej, dokąd prędzej czy później trafi. Jeśli rzadko się zapuszcza w tamte rejony, to nie tylko z powodu cmentarza. Stara się unikać posesji pod numerem czterdziestym, bo budynek z miesiąca na miesiąc pustoszeje, a widok okien zabitych deskami każe mu myśleć o upływie czasu. Jeszcze miesiąc, dwa i dom podzieli los sąsiednich kamienic. Na miejscu wyburzonych budynków powstanie nowoczesne centrum rozrywkowo-edukacyjne z salami kinowymi, kręgielnią, planetarium i centralną biblioteką miejską. Cmentarz przestanie być głównym źródłem dochodów dla dzielnicy.
Ze względu na rękopisy Franciszek nawet w wakacje większość czasu spędza w domu. Jednopokojowa służbówka na poddaszu znajduje się w prawym skrzydle szkoły, tuż nad biblioteką zajmującą połowę trzeciego piętra. Z ostatniego piętra do służbówki można się dostać drewnianymi schodami albo korzystając z metalowych schodków łączących mieszkanie z usytuowanym tuż pod nim zapleczem biblioteki. Klucz do zaplecza ma Franciszek, w praktyce więc tylko on korzysta z wewnętrznego przejścia. Służbówka ma jedno okno, nisko ścięty sufit i przypomina wnętrze wagonu tramwajowego. Za czasów wydawnictwa Heller i Spółka stanowiła część siedziby firmy. Dla wygody obecnego lokatora od dawnego magazynu oddziela je gipsowa ścianka zaopatrzona w drzwiczki; Franciszek korzysta z nich, gdy chce przynieść kolejny rękopis albo, co zdarza się nieczęsto, ma ochotę obejrzeć walki bokserskie. Prawy kąt służbówki zajmuje miniaturowa łazienka z prysznicem, umywalką i sedesem. W kąciku naprzeciwko, oddzielonym od reszty pokoju wysokim kredensem, Franciszek przyrządza posiłki na kuchence elektrycznej. Kaflowy piec służy mu do ogrzewania mieszkania i do spalania tych rękopisów, które już przeczytał. Biurko ustawił pod oknem, by móc jak najdłużej korzystać z dziennego światła. Nad wejściowymi drzwiami wisi duży, brązowy głośnik, w identyczne głośniki wyposażono sale lekcyjne, gabinety, pokoje administracji, pokój nauczycielski, stołówkę i salę gimnastyczną. Za ich pośrednictwem dyrektor Herrmann Fromer, nawet nie wstając z fotela, wydaje polecenia podwładnym i uczniom. Wzdłuż prawej ściany, tuż za klapą w podłodze maskującą przejście do bibliotecznego zaplecza, stoi dwuosobowy tapczan, zbyt duży jak na potrzeby gospodarza. To pozostałość z czasów, gdy mieszkanie dzieliła z nim Felicja. O Felicji przypomina też toaletka z wysokim lustrem. Między biurkiem a toaletką zmieściło się lampowe radio z adapterem; za pieniądze wydane na naprawy Franciszek dawno by kupił nowoczesny odbiornik, ale wtedy radio trafiłoby na śmietnik. Za kredensem, naprzeciwko tapczanu, ustawił mahoniową oszkloną biblioteczkę. Dolna część z szafkami i szufladami służy Franciszkowi za bieliźniarkę. W górze za szybą stoją: Atlas świata, Historia grecka Ksenofonta (nagroda za bardzo dobre wyniki w ostatniej klasie gimnazjum), jednotomowe wydania słowników: angielskiego, francuskiego i włoskiego, pięć grubych nieoznakowanych brulionów w skórzanych, ciemnobrązowych okładkach, encyklopedia ssaków świata, słownik sławnych postaci XX wieku, słownik ortograficzny, Żywoty Vasariego oraz reprint angielskiego wydania Listów Heloizy i Abélarda z 1714 roku. Są też książki pozostałe po Felicji: jubileuszowa edycja Madame Bovary, dwutomowy wybór wierszy poetów angielskich okresu romantyzmu, biografia Mozarta, kieszonkowe wydanie Anny Kareniny, Wielkie nadzieje i niekompletne wydanie W poszukiwaniu straconego czasu. Na obronę Franciszka można powiedzieć, że ciasnota nie sprzyja gromadzeniu książek. Po cóż mu zresztą domowy księgozbiór, skoro piętro niżej ma piętnaście tysięcy tomów, fachowo opisanych i skatalogowanych.
Franciszek wierzy, że książka podlega tym samym prawom co człowiek – rodzi się, żyje i umiera. Mówiąc: „książka” nie ma na myśli egzemplarzy Ulissesa czy Łuku triumfalnego, lecz ich niematerialny odpowiednik, który z braku lepszego słowa nazywa Ideą. Choć żywot tak pojmowanej książki bywa dłuższy niż życie człowieka, zawsze przecież znajdzie się krytyk, cenzor czy bibliotekarz, który je przerwie. Franciszek nie buntuje się przeciwko temu, bo człowiek rozumny nie występuje przeciwko śmierci.
Zupełnie inaczej zapatruje się na los nieprzeczytanych rękopisów. W tej sprawie nie pójdzie na żadne ustępstwo.
Ze świadectw i dyplomów zarchiwizowanych w stosownych instytucjach oraz przechowywanych w szufladzie mahoniowej biblioteczki wynika, że odbył studia historyczne, w wieku trzydziestu lat ukończył zaocznie pedagogikę, następnie uczył historii w państwowej szkole podstawowej. Z jakiegoś powodu (w sekretariacie szkoły zachowały się pisemne skargi rodziców na niedostateczne przygotowanie merytoryczne nauczyciela) po czterech latach przeszedł do pracy w dzielnicowej bibliotece. Być może pracowałby tam do dziś, gdyby nie pojawiła się szansa zatrudnienia w gimnazjum, którego dyrekcja dodatkowo oferowała skromne służbowe lokum. Równo przed ośmiu laty w pierwszym tygodniu wakacji taksówka z Franciszkiem i dwiema walizkami zatrzymała się przy Sadowej 28. Tego samego dnia w przylegającym do służbówki pomieszczeniu magazynowym Franciszek znalazł dwie biurowe szafy. Jak informowały tabliczki inwentaryzacyjne, meble były własnością wydawnictwa Heller i Spółka. Szare papierowe teczki na półkach zawierały nadesłane do wydawnictwa rękopisy. Z tamtego dnia zachował się zapis w pierwszym z pięciu oprawnych w skórę brulionów, które trzyma pośród książek w biblioteczce. Na stronie numer jeden Franciszek napisał: „Teczki w liczbie 812, każda zawiera pojedynczy rękopis. 86 rękopisów z numerem ewidencyjnym, datą wpłynięcia i wewnętrzną recenzją. 726 rękopisów bez żadnych oznakowań wydawnictwa i śladów czytania”. Pięć brulionów od środka wygląda identycznie, Franciszek każdą stronę podzielił na pięć kolumn: numer pozycji, tytuł, autor, data, uwagi. Ostatni zapis nosi numer 674 i został sporządzony przedwczoraj. Analiza dat prowadzi do wniosku, że po roku intensywnej pracy nad rękopisami nastało dwuletnie spowolnienie – to lata naznaczone małżeństwem z Felicją. Rubryka na uwagi zawiera czysto techniczne adnotacje: „tekst objętości dwóch tomów”; „odręczne poprawki autora”; „maszyna słabo odbija literę «s»”.
Franciszek czyta rękopisy nie z pozycji literaturoznawcy, krytyka, bibliotekarza czy pożeracza książek. Nie interesuje go sposób narracji, charakterystyka postaci, spójność akcji, semantyka, dramaturgia, paralele, środki ekspresji. Jest podobny do akuszera, który pomaga dziecku przyjść na świat. Reszta nie od niego zależy. Są rzeczy, którym nie można zaradzić. Nikt nie wie tego lepiej niż Hektor Adler, za życia przedsiębiorca budowlany.
Być może dyrektor szkoły Herrmann Fromer w tej właśnie chwili również zadumał się nad pechem Adlerów, bo nagle z głośnika nad drzwiami służbówki popłynął jego władczy głos:
– Panie Franciszku, proszę mi natychmiast przynieść możliwie najdokładniejszy atlas grzybów.
Rozdział 3.
Hermann Fromer przegrywa z radiem
System głośników w szkole jest tak pomyślany, by komunikacja odbywała się w jedną stronę. Nie zachodzi przecież potrzeba, by nauczyciel wychowania fizycznego Zygmunt Kohn, bibliotekarz Franciszek K. czy Jakub Grublich, nauczyciel języków nowożytnych i zarazem zastępca dyrektora, polecenia Herrmanna Fromera kwitowali gromkim: „Tak jest, panie dyrektorze”. O wdawaniu się w dyskusję nie wspominając. Sprawne działanie każdej instytucji zależy od szybkiego wykonywania poleceń zwierzchników. Franciszek, który właśnie zmierzał do biurowej szafy po kolejny rękopis, cofa się w połowie drogi. Podnosi igłę adaptera, chowa płytę do okładki i nie bez ulgi odkłada na dno szafki. Z latarką wychodzi na korytarz, domyka drzwi, zapala latarkę i przekręca klucz w zamku. Na poddaszu nie ma okien, nawet przyświecając sobie latarką trzeba patrzeć pod nogi. W wakacje dla oszczędności światło na korytarzach – z wyjątkiem parteru – jest zgaszone. Franciszek głośno stawia kroki na drewnianych schodach poddasza, żeby szczury zdążyły się pochować. Klucz do biblioteki wykonano w trzech egzemplarzach: jeden należy do Franciszka, drugi wisi w stróżówce woźnego, trzeci przechowuje u siebie dyrektor Fromer. Franciszkowi nie czyni to różnicy. Zgodnie z przyjętymi prawami, których częścią jest regulamin szkoły oraz obowiązujący w całym kraju kodeks pracy, ani biblioteka, ani znajdujące się w niej książki nie są własnością Franciszka. Dopilnował natomiast, by w drzwiach do bibliotecznego zaplecza oraz w drzwiach mieszkania zamontowano dodatkowy zamek, dzięki czemu nikt poza nim nie ma dostępu do służbówki. „Zgoda – przystał dyrektor Fromer, kiedy Franciszek przed siedmiu laty przedłożył stosowną prośbę. – Młoda małżonka, potrzeba intymności. Doskonale rozumiem”.
Franciszek kluczem otworzył bibliotekę, zapalił światło i z półek oznakowanych „Do korzystania na miejscu” chwycił pierwszy z brzegu atlas grzybów. Zanim wyszedł, z przyzwyczajenia złapał za klamkę u drzwi zaplecza. Zgasił światło i zamknął bibliotekę na klucz. Kamienne schody prowadzące na parter są wyślizgane; uchwycił się prawą dłonią poręczy i z książką pod lewą pachą, ściskając w wolnej ręce zapaloną latarkę, ostrożnie zszedł na dół. Na parterze paliły się sufitowe jarzeniówki. Zgasił latarkę, minął oprawne w ramki czarno-białe fotografie poprzednich dyrektorów szkoły i zapukał do drzwi gabinetu Herrmanna Fromera. Ze środka dobiegały nerwowe tony koncertu fortepianowego. Zapukał energiczniej i odczekawszy dla pewności, uchylił drzwi. Głośna muzyka płynęła ze srebrzystego radioodbiornika na mamucim biurku. Od progu Franciszek jednym spojrzeniem ogarnął pokój bez gospodarza i odwrócony tyłem fotel za biurkiem, skórzany, z wysokim oparciem. Gabinet bez dyrektora wydał mu się większy, choć równie nieprzystępny. Zdążył to pomyśleć, kiedy fotel wykonał półobrót i ukazał się Herrmann Fromer, wciśnięty między skórzane poręcze mebla niczym wielki owad z rozdętym odwłokiem.
– Czemu bez pukania? – ryknął Fromer, przekrzykując muzykę.
– Pukałem. – Franciszek nie podnosił głosu, by nie być posądzonym o brak szacunku.
– Nie słyszę! Niech pan podejdzie bliżej i powtórzy!
– To przez tę muzykę. – Franciszek pokazał radioodbiornik.
– Więc niechże pan wyłączy! No przecież nie pokrętłem, tak to i ja bym potrafił! Wtyczka jest w gniazdku za biurkiem. Na co pan czeka?
Franciszek odłożył atlas grzybów na podłogę, na czworakach wpełznął pod mebel i podczołgał się do gniazdka w ścianie, gdzie tkwiły dwie wtyczki: biała z białym przewodem i srebrzysta z przewodem tegoż koloru. Podparty na łokciu, uważając, by nie zawadzić o nerwowo podrygujące, wyglansowane czarne półbuty dyrektora Fromera, wyszarpnął srebrzysty przewód.
– To lampa! – zaprotestował Fromer.
Franciszek odłączył biały przewód i zapadła cisza. Tyłem wycofał się spod biurka.
– Dopiero co kupione, a już się przełącznik zepsuł. Też mi cudo techniki! – Fromer patrzył z odrazą na rząd jednakowych pokręteł radioodbiornika. – Bo chyba nie myśli pan, że nie potrafię obsługiwać głupiego radia!
Franciszek wyobraził sobie, że któregoś dnia w bibliotece stanie elektryczna maszyna do pisania i jego kaligraficzne pismo przestanie być potrzebne. Odchrząknąwszy, powiedział:
– Za niektóre nowinki techniczne przychodzi płacić wysoką cenę. Bywają zawodne.
– Przyniósł pan, o co prosiłem? To największy, jaki mamy? – upewnił się Fromer, kiedy Franciszek położył atlas grzybów na biurku.
– Sam minister edukacji wyrażał się o książce w samych superlatywach.
– Naturalnie, pamiętam, pamiętam.
Fromer wrzucił książkę do szuflady biurka, podniósł przednią część blatu, odsłaniając konsolę z przełącznikami do głośników w poszczególnych pomieszczeniach szkoły.
Franciszek odwracał się już do wyjścia, kiedy Fromer osadził go w miejscu głosem przywykłym do wydawania rozkazów:
– A lampę kto naprawi?
Wsunął się pod biurko, wymacał ręką gniazdko i po kilku próbach umieścił w nim wtyczkę. Kiedy zamykał za sobą drzwi, usłyszał, jak Fromer wzywa przez głośnik woźnego Hugona Bauma:
– Baum, niech pan tu migiem przyjdzie z dużym tekturowym pudłem. Zaniesie pan zepsute radio do piwnicy.
***
Z powodu półmroku na korytarzach i wyślizganych schodów powrót do służbówki zajmie Franciszkowi do pięciu minut. Dość czasu, by wyjaśnić, dlaczego Franciszek występuje jedynie pod imieniem, co najwyżej opatrzonym kikutem nazwiska, podczas gdy woźny Hugo Baum przedstawiony jest pełnym imieniem i nazwiskiem. Można o to samo zapytać na przykładzie Jakuba Grublicha, Zygmunta Kohna czy Herrmanna Fromera, dla przeciwwagi przywołując osobę Felicji K., młodej małżonki Franciszka. Splendor pełnej prezentacji jest pozorny. W przeciwnym razie rola Hektora Adlera i pozostałych bohaterów grzybowej omyłki nie sprowadzałaby się jedynie do praktycznego zobrazowania zjawiska śmiertelności. Mówiąc: Hugo Baum, woźny szkolny, chromy na lewą nogę, farbujący siwe, przerzedzone włosy – tylko pozornie go wyróżniamy; jedynie w oczach ignorantów długa lista określników przydaje Baumowi ważności. Mówiąc natomiast: Franciszek K., bibliotekarz szkolny, który od lat czyta niechciane rękopisy, operujemy niepowtarzalnym zbiorem desygnatów. Z tego punktu widzenia Franciszek, który przekręca teraz klucz w drzwiach służbówki, w hierarchii ważności stoi wyżej niż woźny Hugo Baum czy nauczyciel języków nowożytnych Jakub Grublich. Wyżej niż dyrektor Herrmann Fromer.
Zmęczony wspinaczką, siada przy biurku i rozwiązuje teczkę z kolejnym rękopisem. Otwiera brulion w ciemnobrązowej okładce i zaczyna wypełniać rubryki. Numer pozycji: 675, tytuł, autor, data. W rubryce „uwagi” pisze: „maszynopis, 285 stron, miękka czcionka (remington?)”. Zabiera się do lektury. Czyta bez pośpiechu, rzadko powraca do przeczytanego wcześniej fragmentu. O dziewiątej wieczorem przerywa na stronie 47, zjada lekką kolację, z szuflady biurka wyjmuje teczkę z rękopisem numer 674, który wczoraj doczytał do końca, starannie drze kartki, wrzuca do pieca i podpala. Średniej objętości tekst ulega spopieleniu w siedem do dziesięciu minut. Kartki jeszcze płoną, kiedy ulegając wewnętrznemu nakazowi, którego nie sili się zrozumieć, ponownie nastawia ulubioną płytę Felicji i dopiero teraz wraca do przerwanej lektury. Jękliwe „Bitte geh nicht fort!” rozbrzmiewa pośród trzasków płyty, a Franciszek czyta zdania otwierające 48 stronę: „Pistolet Glock, strzał oddany z bliskiej odległości. – Branicky ujął broń przez chusteczkę i położył na biurku. Przyklęknął na czystym skrawku dywanu. – Kula weszła w prawą skroń. Pani Glückster, czy denat był praworęczny?”
Rozdział 4.
Pułapka Krajcara. Pojawia się Hof. Cmentarz na Sadowej
Jak w każdą sobotę powinien omijać Rybi Zaułek, bo z nastaniem lata Alfred Krajcar właśnie w soboty zaczaja się tam na swoje ofiary. W kawiarnianym ogródku, osłonięty od słońca wielkim jasnoniebieskim parasolem i schowany za gazetą, pije kawę za kawą, łypiąc znad płacht dziennika: słomkowy kapelusz, kremowa koszula, brązowa mucha w białe grochy, garnitur z gabardyny nawet przy największym upale, nienaganne manicure.
Szkopuł w tym, że trasa do ogrodu zoologicznego wiedzie przez Rybi Zaułek. Wcześniej jeszcze Franciszek musi minąć zakład fryzjerski Ferdynanda Demla. Deml w białym kitlu stoi w drzwiach zakładu, daremnie wypatrując klientów. Tak samo stał i patrzył przed czterdziestoma laty, kiedy praktykant fryzjerski Bertold Kodym walczył na noże z Osipem Feltsztem, treserem koni z wędrownego cyrku. Okrążali się na ugiętych nogach jak dwa brytany, a córka Demla wachlowała się na balkonie, ze znudzoną miną przyglądając się zalotnikom przez teatralną lornetkę. Kodym szeroko się zamachnął – i w tym momencie zrobił zbyt duży wykrok lewą nogą. Wystarczyło, że Feltszt lekko podbił uzbrojoną rękę praktykanta, a momentalnie pozbawił go równowagi. Wbił Kodymowi ostrze w splot słoneczny i ten, wypuściwszy nóż, osunął się na ziemię. Demlówna nie odrywała teraz lornetki od oczu, lecz nawet ona nie dojrzała, jak praktykant dźwiga się z powrotem na nogi. Odszukał wzrokiem nóż, schylił się – ale ręka przeszła przez trzonek jak utkana z powietrza. Wtedy właśnie Franciszek pierwszy raz widział duszę opuszczającą ciało. Nie wiedział jeszcze, że dusza duszy nierówna: barwę i gęstość (jeżeli pojęcia właściwe fizyce mają w tym przypadku zastosowanie) określają wiek, płeć, stan emocjonalny, kondycja fizyczna, a nawet czynniki za życia nagminnie zaniedbywane, jak jadłospis czy sumienie. Widoczny tylko dla Franciszka, praktykant pochylał się nad swoim bezużytecznym ciałem, z każdą chwilą bardziej przezroczysty, aż rozpłynął się w powietrzu.
– Dzień dobry, panie Ferdynandzie – Franciszek pozdrowił Demla i przyspieszył kroku.
– Moje uszanowanie – odparł fryzjer, z przyzwyczajenia zapraszając go do środka.
Piękny dzień, pomyśleli obaj jednocześnie, by odpędzić wspomnienia. Osip powiesił się w więzieniu, a córka Demla, dla której praktykant Kodym stracił rozum i życie, zachorowała na słoniowaciznę i jej dziewictwo z dnia na dzień straciło na wartości. Franciszka nie było przy śmierci dziewczyny, a ponieważ nie lubi nierozwikłanych zagadek, do dziś spokoju nie daje mu pytanie, czy dusza młodej Demlówny również cierpiała na słoniowaciznę.
Minął Ratuszową, wyszedł na Rybi Zaułek. Przy szachowych stolikach tłoczyli się renciści. Po drugiej stronie placu, w kawiarnianym ogródku siedział Alfred Krajcar. Rozparty w wiklinowym fotelu, z udawaną nonszalancją zerkał znad rozłożonego „Posłańca”. Krajcar nie gardzi żadną zdobyczą. Marzy mu się ważny urzędnik w Ministerstwie Kultury, pisarz z koneksjami czy reżyser teatralny, gotów jest się jednak zadowolić szeregowym redaktorem w wydawniczej oficynie, zwłaszcza takiej, która zamierza uruchomić serię powieściową debiutantów. Kto wie, co z takiego spotkania może wyniknąć.
Franciszek przyspieszył kroku, ale Krajcar już zerwał się z krzesła, wołając z daleka:
– Cóż za traf! Uwierzy pan, że właśnie o nim myślałem? Krzesełko? Proszę, nie zajmę dużo czasu.
Franciszek siada i słucha, popijając bez apetytu cappuccino.
– Pamięta pan mój ostatni pomysł na fabułę?
– Saga rodzinna – odpowiada ostrożnie Franciszek.
– Ach, żenada! Widzi pan, jak się rumienię? Toż to pomysł przerabiany na setki sposobów! Zarzuciłem. Ale co by pan powiedział na sagę o lokatorach kamienicy?
– Interesujące. Szersza optyka daje większe możliwości…
– Właśnie! Ale, pomyślałem zaraz, czemu nie poszerzyć pomysłu, nie ogarnąć fabułą mieszkańców całej ulicy? Ile rodzin, tyle historii! Tylko siadać i pisać!
– Gratuluję! Powieść z rozmachem.
– Co tam jedna ulica! Kwartał po kwartale, dzielnica po dzielnicy! Ja, Alfred Krajcar ofiaruję literaturze pomnik współczesności. Przede mną nikt czegoś podobnego nie napisał!
– Imponujące.
– Alfredzie, zapytałem siebie, to wszystko, na co cię stać? Całe miasto, mój panie! Domy, kwartały, dzielnice! Relacje międzyludzkie, dramaty jednostek w tej naszej miejskiej wieży Babel. Kłębowisko losów, interakcje, statystyka pokazana w wymiarze indywiduum i w kosmologicznym ujęciu zarazem, heroizm i komizm życia. Wiem, porywam się na karkołomne przedsięwzięcie, czekają mnie lata pracy i wyrzeczeń. Ale pomysł, panie Franciszku, taki pomysł nie może umrzeć śmiercią naturalną!
To ostatni moment, by się Krajcarowi wyrwać.
– Dużo pan napisał?
Krajcar z jękiem wypuszcza powietrze. Ręce mu drżą.
– Przecież nie tak od razu… Trzeba przemyśleć, ułożyć konspekt. Rozrysować całą tę ogromną mapę. Porozkładać akcenty. Nadać każdej postaci rys indywidualizmu. Dobrać właściwe tony, naszkicować koloryt lokalny. A miłość? A brzemię ważkich decyzji? Nie zaszkodzi krztyna absurdu. Koniecznie trzeba pogmatwać tropy, to dobrze wpływa na percepcję książki…
Franciszek ani myślał czekać, aż Krajcar uderzy w płaczliwy ton. Pożegnał się z nim krótkim „do widzenia”, nie oglądając się za siebie prawie biegiem pokonał dwie przecznice i zwolnił dopiero przed kasami zoologu. Mina mu zrzedła, bo od ostatniej wizyty przed dwoma tygodniami ceny biletów poszły w górę. A to niby dlaczego? – pomstował pod nosem, już z biletem w ręku kierując się główną aleją do opatrzonego drogowskazem pierwszego skrętu w prawo. Czyżby zwierzęta zastrajkowały? Albo nagle zaczęły więcej jeść?
Wędrując od klatki do klatki, od wybiegu do wybiegu, czytał tabliczki informacyjne, których treść znał na pamięć:
„Niedźwiedź brunatny (Ursus arctos), najpotężniejszy drapieżnik lądowy. Osiąga wagę do 450 kg i długość ciała do około 290 cm. Odżywia się jagodami, grzybami, wszelkimi owocami, cebulkami i pędami roślin, zjada również owady, ryby, mniejsze i większe ssaki. Żyje około 40 lat”.
„Lew (Panthera leo), największy po tygrysie kot. Samce osiągają 190 cm długości. Drapieżnik, zjada 5– 7 kg mięsa dziennie. Dojrzewa w trzecim roku życia, żyje 15– 20 lat”.
„Chomik syryjski (Mesocricetus auratus). Trzymany w warunkach domowych, chętnie uzupełnia składającą się z suchej karmy dietę marchewką, owocami, zieloną trawą i sianem. Waga około 1000 g, żyje do 2 lat”.
„Goryl (Gorilla gorilla) jest największą z małp. Żywi się liśćmi, pędami i korą drzew. Ojczyzną goryla jest Afryka. Ciężar samca: 135 kg, samicy 70– 100 kg. Długość życia: do 40 lat”.
„Słoń indyjski (Elephas maximus). Osiąga wysokość w kłębie do 3 m i waży około 5000 kg. Żywi się gałęziami drzew i krzewów oraz owocami. Średnia długość życia: 70 lat”.
„Kakadu białoczuba (Cacatua alba), jedna z większych papug, osiąga długość około 45 cm. Dorosły samiec waży 680 g, samica – 620 g. W warunkach hodowlanych żyją bardzo długo, przypuszczalnie nawet ponad 100 lat”.
Większość ludzi odwiedza ogrody zoologiczne, by karmić zwierzęta i cieszyć oczy ich widokiem. Tylko nieliczni tak jak Franciszek chcą się przekonać, czy zwierzęta mają duszę. Dla Franciszka pytanie jest pozbawione podłoża teologicznego, w tej kwestii woli się podpierać matematyką. Myśli: skoro przedstawiciele rodzaju ludzkiego ważący średnio od 60 do 80 kilogramów mają duszę, to dlaczego pięciotonowy słoń czy stukilogramowy goryl mieliby być jej pozbawieni? Oczywiście, rzecz nie sprowadza się wyłącznie do wagi. Czy można odebrać prawo do posiadania duszy chomikowi syryjskiemu tylko dlatego, że waży zaledwie kilogram? Jeśli zaś przyjąć za pewnik, że dusza przynależy każdemu stworzeniu, to jak wygląda dusza stuletniej kakadu białoczubej? Albo pazia królowej, który, jak większość motyli, przeżywa zaledwie kilka dni? Człowiek pragmatyczny, żyjący od śniadania do kolacji, zajęty zarabianiem pieniędzy i dogadzaniem żonie, nie ma czasu na stawianie podobnych pytań. Co innego samotnik, który rozmawia z własnymi myślami. W dzieciństwie Franciszek każde letnie wakacje spędzał na wsi u rodziców ojca. Dziadek był gajowym, rokrocznie dostawał pozwolenie na odstrzał tylu a tylu bażantów, zajęcy, wron, wilków i lisów. Nawet z osiemdziesiątką na karku potrafił podejść zwierzynę. Najchętniej polował na ptaki. Franciszkowi przykazywał zostać w tyle, sam bezszelestnie się podkradał, zdejmował fuzję, mierzył i strzelał. Zanim Franciszek dobiegał na miejsce, dziadek zdążył ptaka oporządzić. Z końcem sezonu łowieckiego zanosił woreczki z ptasimi łapkami do nadleśnictwa – płacili od ubitej sztuki. Franciszek nigdy nie zobaczył ptasiej duszy. Może nie dość się spieszył; nie chciał być świadkiem, jak dziadek jednym pociągnięciem myśliwskiego noża obcina łapki i wrzuca je do skórzanej torby. Podobnie z kurami: chłopiec pomagał złapać upatrzoną czubatkę, ale kiedy babcia kładła ptaka na pieńku, uciekał za drewutnię. W dni targowe jeździli do pobliskiego miasteczka. Na tyłach rynku była ubojnia. Świnie pędzone do rzeźni robiły straszny raban, ale to krowy były najgorsze. Jakby się zmówiły, by w takiej chwili patrzeć Franciszkowi w oczy.
W klatkach zoologu i na wybiegach pokazują młode, zdrowe zwierzęta, chore są trzymane na zapleczu. Ludzie nie po to odświętnie się stroją, biorą aparat fotograficzny, wałówkę, jadą autobusem na drugi koniec miasta i kupują coraz droższe bilety, by oglądać zdychającą hienę. Albo patrzeć, jak indyjskiego słonia jeszcze za życia zjadają insekty. Ella skończyła osiemdziesiąt dwa lata i statystycznie biorąc jej dni są policzone. Przy każdych odwiedzinach Franciszek przed wybiegiem słonicy przesiaduje najdłużej. Szkolne wycieczki i rodzice z dziećmi zatrzymują się tu na krótko. Ella potrafi przespać pół dnia, nie wyciąga trąby po jabłka. Przestała być atrakcją, więc rzadko się zdarza, by dorosły mężczyzna, jak ten oto elegancki brunet w wieku Franciszka, z przedziałkiem pośrodku głowy, palący papierosa w bursztynowej cygarniczce, wytrwał przed wybiegiem pełny kwadrans. Poczuł chyba na sobie wzrok Franciszka, bo wstał z ławki i, niski i beczułkowaty, drobi w jego kierunku. Z bliska widać, że przyczesane farbowane włosy kryją zakola łysiny.
– Pozwoli pan? – Nie czekając na odpowiedź, mężczyzna zajął wolną połowę ławki. – Jeśli się nie mylę, pan też gustuje w zwierzęcych rozrywkach? – Chyba za sprawą cygarniczki w ustach mówił niezbyt wyraźnie, jakby przesiewał słowa przez gęste sito.
– Poniekąd – Franciszek odpowiedział ostrożnie. Niechętnie nawiązywał znajomości, a zwrot „zwierzęce rozrywki” wydał mu się niejasny.
– Maksymilian Hof. – Mężczyzna wyciągnął rękę do powitania. Palce wskazujący i środkowy zdobiły sygnety. – Wiedziałem! Prawdziwego znawcę poznam na pierwszy rzut oka. Zaproponuję panu coś ekstra. Spektakl dla pasjonatów.
– Jeszcze nie obszedłem całego ogrodu.
Hof nachylił się i szeptem zapowiedział:
– Za jedyne trzy stówki zobaczy pan cuda, jakich nie pokazuje żaden zoolog.
W uszach Franciszka słowo „cuda” zabrzmiało jak z dawna wyczekiwana zapowiedź poznania tajemnicy. Coś mu mówiło, że jeszcze tego dnia skończą się daremne wędrówki do ZOO i wielogodzinne wyczekiwanie przed klatkami na chwilę, gdy zwierzęca dusza opuści ciało.
– Nawet nie mam przy sobie podobnej sumy.
– Wprowadzę pana. Protegowani członków klubu płacą specjalną stawkę. – Wziąwszy milczenie Franciszka za zgodę, chwycił go mocno pod łokieć i pociągnął do bocznego wyjścia.
Usadowiony na tylnym siedzeniu pachnącego skórzaną tapicerką samochodu, Franciszek jeszcze sobie wmawiał, że dobrze postąpił decydując się w tak ważnej sprawie zaufać obcej osobie. Kiedy jednak zostawili już za sobą centrum i samochód z rykiem silnika kierował się ku peryferiom miasta, ogarnął go niepokój. Wstyd mu jednak było w takiej chwili rejterować. Nikt go nie przymuszał, nie trzymał na muszce ani nie pakował noża pod żebro. By uśmierzyć obawy, zaczął Hofa zagadywać i próbował wyciągnąć z niego szczegóły wyprawy, ten jednak pytania zbywał półsłówkami. „Niepotrzebnie się zgodziłem” – wyrzucał sobie Franciszek, kiedy wreszcie stanęli przed parterowym, długim, krytym blachą budynkiem, przypominającym jeden z owych naprędce stawianych magazynów na obrzeżach miasta, w których gorzej prosperujące firmy urządzają również biura. Hof wysiadł i gestem przywołał go do siebie. Przyciskami domofonu otworzył metalowe drzwi magazynu, zainkasował pieniądze i bez słowa poprowadził Franciszka wąskim korytarzem do przestronnej, rzęsiście oświetlonej hali.
– W samą porę! Jeszcze chwila i byłoby za późno. – Zniknął na moment, a kiedy wrócił, wcisnął Franciszkowi dwumetrowy kij z dębiny, zakończony metalowym szpikulcem.
– Na co to?
– Zaraz się pan dowie. Ważne, by zająć dobre miejsce. Kto raz w tym zasmakuje, zawsze będzie chciał tu wracać.
Wokół dużej okrągłej klatki pośrodku hali tłoczyli się mężczyźni wystrojeni jak do teatru i obwieszone biżuterią młode, urodziwe panie, w tłumie uwijali się kelnerzy z drinkami. Z uprzejmym „przepraszam” Franciszek wcisnął się między dwóch elegantów w sile wieku, którzy dębowe kije wsuwali jakby dla zabawy między pręty.
– Lepiej nie mógł pan trafić! – skomentował Hof ponad głowami widzów. – To panowie Kurt i Konig, wielcy znawcy tego sportu.
Uznawszy, że uprzejmość nakazuje się przedstawić, Franciszek już otwierał usta, kiedy nagle w podłodze klatki uchyliły się bliźniacze klapy i na arenę przy wtórze gwizdów widowni wypadły dwa psy. Czarny, podpalany wilczur nerwowo obiegał pomieszczenie, niemal ocierając chudym bokiem o pręty. Drugi był niższy, masywnej budowy; stał bez ruchu, tylko jego potężny płowy łeb powoli się obracał. Sąsiad Franciszka wbił szpikulec wilczurowi w grzbiet. Pies ze skowytem odskoczył na środek klatki. Płowy rywal dopadł go jednym susem, powalił, przydusił całym ciałem i zębami szukał gardła. Wilczur wił się i odpychał napastnika łapami, aż się zdołał wyswobodzić.
Płowy zmienił taktykę. Błyskawicznie chwycił wilczura za tylną łapę, przewrócił szarpnięciem, przygwoździł do ziemi i kły zacisnął mu na gardle. Wydawało się, że wilczur zbiera siły. Leżał i nie reagował, kiedy widzowie szpikulcami zagrzewali go do walki.
Miał solidną, dobrze uformowaną duszę. Truchło wilczura dawno uprzątnięto z areny, a jego dusza ku utrapieniu Franciszka nadal się tłukła po klatce.
– Dokąd to? Najlepsze dopiero się zaczyna! – Zaciągając się papierosem w cygarniczce, Hof gonił za Franciszkiem. Twarz miał w rumieńcach, wzrok rozpalony. – W programie jeszcze trzy walki. Zdrowe, silne sztuki, będzie co oglądać.
Franciszek zamachnął się nie celując i dębowy kij wylądował na twarzy Hofa. Ten wrzasnął z bólu, poniewczasie osłaniając się łokciem. Hałas zwrócił uwagę obu sąsiadów Franciszka. Z groźnymi minami szykowali się, by z dwóch stron przypuścić atak, lecz na zapowiedź następnej walki zrezygnowali, na powrót przypadli do prętów klatki.
Co sił w nogach popędził ku wyjściu. Krew pulsowała mu w żyłach, jakby chciała je rozerwać. Naparł barkiem na metalowe drzwi, aż się uchyliły ze zgrzytem, kij cisnął na betonową podłogę i wypadł na pustą ulicę. Biegł przed siebie, byle dalej od stłoczonej wokół prętów hałastry, uciekając bardziej przed wspomnieniem niż przed pogonią.
Płuca i kolana niemal jednocześnie wymówiły mu posłuszeństwo. Oparł się o mur najbliższej kamienicy i łapczywie chwytając powietrze, wśród opustoszałych ulic i zaniedbanych domów próbował wypatrzyć znajomo wyglądający punkt. Tej części miasta nie znał. Z lękiem myślał, że długo przyjdzie mu się błąkać, zanim odnajdzie drogę do domu.
Z balkonu na pierwszym piętrze doszły go odgłosy stąpania i to dodało mu otuchy. Nie był sam! Oderwał się od ściany domu, z zadartą głową postąpił tyłem kilka kroków. Zdążył tylko zobaczyć, jak zamykają się balkonowe drzwi i czyjaś ręka zaciąga zasłonę.
Oddychał spokojniej, ale kolana wciąż miał jak z waty. Właśnie kierował się ku najbliższemu skrzyżowaniu w nadziei, że po nazwach ulic pozna, dokąd trafił, kiedy raptem w bramie rozbrzmiał stukot obcasów. Obejrzał się z mieszaniną nadziei i lęku. Z kamienicy wybiegła kobieta. Na widok Franciszka zwolniła, kołysząc szczupłymi biodrami zaczęła się zbliżać. Niewysoka, filigranowej budowy, nosiła buty na szpilkach, spódniczkę przed kolana i cienką bluzkę osłoniętą narzuconym na ramiona zwiewnym szalem. Przystanęła metr przed Franciszkiem i zaglądając mu w oczy, powolnym ruchem rozchyliła szal. Makijaż nieco ją postarzał, za to piersi pod półprzezroczystą szyfonową bluzką zdradzały jej młody wiek.
– Niech zgadnę. Pan pierwszy raz w tej okolicy?
Jakby zadając kłam wulgarności makijażu, głos był niemal dziewczęcy i nie pozbawiony tremy.
– Zabłądziłem. – Zmagał się z pokusą, by dłużej zatrzymać wzrok na prześwitujących przez bluzkę wypukłościach.
– Zapraszam na górę. Odpoczynek dobrze panu zrobi. – Zanim się spostrzegł, chwyciła go pod ramię.
Zapach i dotyk sprawiły, że świat zawirował mu przed oczami.
– Zgubiłem drogę – powtórzył. – Jak trafię stąd na Sadową? Na tym pustkowiu nie mam kogo zapytać.
– Pustkowie? Niech przyjdzie noc, to zaraz się zrobi tłoczno. – Wspięła się na palcach i poczuł na policzku ciepło oddechu. – Sypnie pan groszem, to możemy przegadać i do rana.
– Dopiero co wydałem ostatnie pieniądze.
– A to mi się golec trafił!
– Chcę tylko informacji. Mogę się odwdzięczyć. Sporządzę gratis wspomnienie pośmiertne do nekrologu i na klepsydrę. Prędzej czy później każdemu się przyda.
– Żartowniś się znalazł! – Puściła go i odepchnęła.
– Wcale nie żartuję. Jestem szkolnym bibliotekarzem, ale dorabiam pisaniem nekrologów.
– Niech pan słucha! – Otuliła się szalem i wskazując brodą kierunek, powiedziała szybko: – Tuż za rogiem jest przystanek tramwajowy. „Ósemka” dojeżdża na Cmentarną, stamtąd już pan trafi.
– Poproszę o adres, to wyślę wzory nekrologów.
– Obejdzie się! Jak już koniecznie chce się pan odwdzięczyć, to dam bilet wizytowy, proszę mnie kiedyś odwiedzić. W zakładzie madame Platowskiej można mnie zastać w każdą niedzielę. Ale jestem dopiero na stażu, niech mi pan nie narobi wstydu!
– Przyjdę, panno Novak! – zapewnił, zerkając na wizytówkę.
Podążając za wskazówkami Teresy Novak, której życzył powodzenia na stażu u Sabriny Platowskiej, bez błądzenia odnalazł przystanek. Wsiadł do tramwaju numer osiem, po przejechaniu dziesięciu przystanków zobaczył znajome topole na ulicy Zachodniej. Tramwaj minął secesyjną halę towarową z czerwonej cegły, gdzie za dawnych dobrych czasów sprzedawano perfekcyjne podróbki francuskiej bielizny damskiej i koniaków; potem ukazał się ośrodek zdrowia, parterowe przedszkole i wreszcie skwer z ławkami, na wprost którego, oddzielony jezdnią, wznosił się mur cmentarza na Sadowej. Wysiadł. Zaczynało zmierzchać. Minął skwer, przeszedł na drugą stronę ulicy i ruszył w prawo, wzdłuż cmentarnego muru.
Sadowa i Cmentarna należą do najbardziej zadbanych ulic w mieście. Mur cmentarza pobielany jest dwa razy do roku, ewentualne ubytki naprawia się z dnia na dzień. Szeroki, równy chodnik, wzdłuż jezdni pas zieleni z kasztanowcami; przez lata tak się rozrosły, że gałęzie przechodzą na drugą stronę muru. W letni słoneczny dzień, kiedy po deszczu trawa niemal rośnie w oczach a płyty chodnikowe wydają się jeszcze bielsze, nie wstyd zaprosić tu nawet cudzoziemca. Franciszek nie rozumie tych, którzy wolą nadkładać drogi i omijają Cmentarną i Sadową szerokim łukiem, choć mieszkają w pobliżu lub mają tu do załatwienia ważną sprawę. Jest wręcz wskazane, by zapuścić się tutaj choć raz w życiu. Rzecz jasna, obcesowe przypominanie o śmierci niczemu nie służy. Specyfika miejsca wymaga stosownej przeciwwagi, dlatego najlepiej odwiedzać tę część Sadowej między majem a wrześniem, gdy cieszące oczy kasztanowce skutecznie odwracają uwagę od tego, co znajduje się po drugiej stronie muru.
Wcisnął głowę w ramiona i przyspieszył kroku. Samego siebie nie będzie okłamywał. Z tym miejscem wiązał się koszmar nawiedzający go od miesięcy w niezmienionej postaci prawie każdej nocy. Sen o trzech kobietach, które w milczeniu pracują przy krosnach, niczym posłuszne powołaniu Pytie na oczach Franciszka przędą jego nić życia; w każdej chwili przędzy może zabraknąć i wówczas, jeśli wierzyć w sny, nie będzie mu dane doczekać pięćdziesiątych piątych urodzin. Antidotum na cmentarne lęki to skupić się na powszechności zjawiska. Cmentarz zajmuje jedenaście hektarów i wciąż się rozrasta. Dochodowa inwestycja. We względnym porządku, z zachowaniem przepisowych odległości, leżą obok siebie ofiary kruchego lodu, mezaliansów, nieszczelnych instalacji gazowych, błędów lekarzy, zepsutej sygnalizacji świetlnej, zbutwiałych schodów, azbestu, pijanych akuszerek, wyładowań atmosferycznych, zimowitu, przeciążonych naczep, sytuacji in flagranti, narowistych koni, niesolidności konstruktorów mostów, chybionych inwestycji, przeterminowanych konserw mięsnych, rozlanych wyrostków robaczkowych, niespełnionej miłości, pooperacyjnego zapalenia płuc, zamieszek ulicznych, rozpędzonych samochodów, grypy z powikłaniami, zapchanych przewodów kominowych, wstrząsu anafilaktycznego, krótkowzroczności, wyrzutów sumienia, krachów na giełdzie, zabaw z zapałkami, znaczonych kości do gry, bezsennych nocy, chwiejnych kładek, infekcji, jesiennej depresji, sterydów, włośnicy, katastrof budowlanych, niestrzeżonych przejazdów kolejowych, wielkanocnych petard, zespołu bezdechu śródnocnego, porachunków mafijnych, raptownego oblodzenia jezdni, choroby wieńcowej, porywistych prądów rzecznych, brudnych narzędzi chirurgicznych, alkoholu metylowego, nadmiernego przywiązania do prawdy, chwiejnych drabin, afrodyzjaków, wiosennych powodzi, trujących wykładzin podłogowych, niezabezpieczonych przewodów wysokiego napięcia, zepsutych aparatów rentgenowskich, przepracowania, postrzałów na polowaniu, sypiących się rusztowań, nielegalnych praktyk medycznych, obżarstwa, chorobliwej zazdrości, przetartych pasków klinowych, sztormowej fali, pękających opon, Raskolnikowych podszeptów, niezabezpieczonych studzienek kanalizacyjnych, gruźlicy, eksplodujących telewizorów, pomyłek sądowych, plutonów egzekucyjnych, nagłych zwrotów historii, awaryjnego lądowania bez podwozia, rozległych oparzeń, skoków z trampoliny, bójek ulicznych, melancholii, jesiennego wypalania traw, weekendowych zawałów, szoku termicznego, niezdrowej ciekawości, ćwiczeń na trapezie, erupcji wulkanicznych, paparazzich, samotnych Wigilii, testów farmakologicznych, przepicia, rosyjskiej ruletki, tętniaków, przypadkowych kontaktów seksualnych, ruchomych piasków, agorafobii, konfliktu serologicznego, lęku wysokości, telegramów, przedegzaminacyjnego stresu, nałogowego palenia tytoniu, choroby dekompresyjnej, schizofrenii, zmurszałych dachów, nieoświetlonych furmanek, min lądowych i sutych kolacji, czystek etnicznych, Annuszkowego oleju słonecznikowego, błotnistych lawin, przekupnych sanitariuszy, zepsutych kroplówek, ojców-sadystów, poobiednich drzemek, niespełnionych nadziei, dyzenterii, pijanych wartowników, skrętu kiszek, dróg na skróty, linczów, kąpieli słonecznych, przeciągów, błędnej interpunkcji, wiejskich dyskotek, ikarowych lotów, miażdżycy, dziury ozonowej, Robespierre’ów, gęstej mgły, samobójczych depresji, anoreksji, literackich uniesień, proroków, cudownych diet odchudzających, manifestów politycznych, pestycydów, nagłych zmian kadrowych, pomylonych recept, nielegalnego uboju bydła, gier karcianych, skoków na płyciznę, nadciśnienia, pszczół afrykańskich, napadów werteryzmu, kwartalnych bilansów produkcyjnych, chorób tropikalnych, butów na wysokich obcasach, klinik aborcyjnych, niedzielnych kierowców, niespłacalnych kredytów bankowych, złego cholesterolu, zablokowanych hamulców, kryzysu wieku średniego, ruchów tektonicznych, małżeństw z rozsądku, pociągów pod specjalnym nadzorem, manii wielkości, forsownych ćwiczeń, ślepych uliczek, tasiemcowych powieści w odcinkach, maniaków seksualnych, wirusowego zapalenia opon mózgowych, bomb w przesyłce, spotkań po latach, gangów ulicznych, odpadów radioaktywnych, wizjonerów, pełni księżyca, przerw w dostawach prądu, sopli spadających z dachów, prób bicia rekordów Guinnessa, wywrotnych kajaków, mesjanistycznych wizji, pośpiechu przy liczeniu, nadwagi, wypadków na planie filmowym, rozregulowanych kompasów, przekupnych stróżów prawa, pomyłek translatorskich, seansów spirytystycznych, domorosłych psychologów, luzu w kierownicy, szpicli, pociągających przykładów, poprawiaczy urody, reguł wolnego rynku, nowinek technicznych, oblodzonych wirników, samotności, cięć w rządowym budżecie, spalin, impotencji, opieszałości urzędów pocztowych, marskości wątroby, sadystycznych pomocy domowych, przecieków do prasy, barów szybkiej obsługi, reklam telewizyjnych, skłonności do przeziębień, trujących grzybów, biernego palenia tytoniu, przewrotów pałacowych, filmów chwytających za serce, niekontrolowanego mnożenia się tkanek. Nie mówiąc o starości, uzupełnia w myślach Franciszek. Skończył się cmentarz, zaraz wyłoni się dom przy Sadowej czterdzieści. Tej części ulicy Franciszek jak może unika. Sąsiednie domy wyburzono, ten wkrótce podzieli ich los. Okna na parterze i pierwszym piętrze pozabijano deskami. Stare domy idą do rozbiórki, na ich miejsce buduje się nowe. To normalne, tłumaczy sobie Franciszek. Rudery zastąpi centrum rozrywkowo-edukacyjne z salami kinowymi, kręgielnią, planetarium i nowoczesną biblioteką miejską.
Zwalnia dopiero przed przejazdem kolejowym, za szlabanem skręca w prawo, w zakole prowadzące do szkoły. O tej porze główne wejście jest zamknięte. Kieruje się do bocznych drzwi, naciska dzwonek i czeka prawie trzy minuty. Tyle czasu woźny Hugo Baum potrzebuje, by doczłapać z sutereny, gdzie z żoną i dwojgiem dzieci zajmuje dwupokojowe mieszkanie.
Baum nie wie, czy za progiem stoi dyrektor Herrmann Fromer, czy bibliotekarz Franciszek K., więc dopiero otworzywszy drzwi robi kwaśną minę. Wyraz twarzy zdaje się mówić: „Czy pan bibliotekarz uważa, że jestem na każde jego zawołanie?”
– Panie Baum, znajdzie się zapasowa latarka?
Czeka w ciemnej sieni na powrót Bauma. Woźny wręcza mu latarkę a wraz z nią dużą brązową kopertę.
– List do pana.
Koperta jest zbyt duża jak na rachunek. Ma w sobie coś z powagi urzędowej korespondencji i wspinając się schodami w górę, Franciszek się domyśla, co może się w niej kryć.
© Grzegorz Gortat, 2026
Wróć na stronę główną