"SPACER" po książce i miejscach

"Zastanawiałem się kiedyś, mówił Jochanan Fajner, czy gdyby potrafili zabrać Żydowi także nazwisko – gdyby do złupionych żydowskich domów, sklepów, warsztatów, fabryk mogli jeszcze dorzucić nazwiska – to może by darowali Żydowi życie? Może by darowali życie przynajmniej niektórym Żydom? Ale nie, życie to pospolity towar, łatwo się nim handluje, zawsze wychodzi superata – za to nazwisko, o, nazwisko jest w cenie! Przecież identyczne nazwiska nosili tak zwani stuprocentowi Niemcy! Więc Hitler i jego kompani musieli rozstrzygnąć, który Guttmann jest dobry, a który zły. Który zasługuje na życiową przestrzeń, a którego trzeba się pozbyć. O krew idzie, orzekli. Złej krwi nie można mieszać z dobrą. Jak człowiek coś takiego usłyszy, to z początku gotów pomyśleć: no, to nie są wcale głupie słowa. Dolej kubek zepsutego wina do stągwi dobrego, a całą stągiew zakwasisz. Ale wino to nie krew. No i ile trzeba by tej złej krwi, żeby zepsuła dobrą? Czy wystarczy kropla z palca? A może kubek? Albo dwa? No, tego się nie da zmierzyć. Ale jak się zrobiło jeden krok, dlaczego nie zrobić następnego? Żeby mieć pewność, stuprocentową pewność, musimy wytoczyć całą złą krew, postanowili, niech nic nie zostanie".


Archiwum autora

Nadjeżdża tramwaj. Biegiem puszczamy się do przystanku. Masa żelastwa, która w ciemności sunie ze zgrzytem prosto na nas, napawa mnie lękiem. (...) Jedziemy ciemnymi ulicami Łodzi. Wreszcie po prawej stronie wyłania się biała bryła pałacu Poznańskiego. Wysiadamy i skręciwszy w prawo, zapuszczamy się w głąb Ogrodowej.


 

Archiwum autora

Zostawiamy za sobą fabrykę i ciągnące się szeregiem przyfabryczne trzypiętrowe kamienice z cegły, solidne pamiątki po żydowskim fabrykancie Izraelu Poznańskim, hojnym fundatorze ołtarzy do położonego w sąsiedztwie chrześcijańskiego kościoła.


Archiwum autora

Za torami kolejowymi, za szlabanem, zaniedbane, pojedyncze domy, które przedwojenny kapitalizm ledwo musnął, wznoszą się na wysokość niskich dwóch pięter, z rzadka palą się latarnie. Staram się nie patrzeć przed siebie – nigdy nie wiadomo, co się wynurzy od strony pobliskiego cmentarza. Gdybym był dorosły, nie znałbym strachu. A Zofii Bodler ubyłby jeden kłopot – przestałaby się zamartwiać, co ze mnie wyrośnie.


   

Archiwum autora

Ogrodową otwierały fabryka i pałac, należące onegdaj do Poznańskiego, wiekowy cmentarz ją zamykał. Jakaż inna ulica mogła się pochwalić podobną topografią historii? Niejeden dyrektor i kancelista Poznańskiego, tkacze, krośniarze i farbiarze z jego fabryki ostatecznie trafiali na miejsce wiecznego spoczynku odległe zaledwie półtora kilometra od fabryki, z którą związali całe życie.


 

Fot. Andrzej Kilbert

Początek codziennej marszruty do przedszkola wyznaczały niskie budynki mieszkalne przy Ogrodowej, ubodzy krewni famułów Poznańskiego; następnie mijaliśmy sklepik pani Święcickiej, przez starszych mieszkańców zwany „kolonialnym”. Niemal naprzeciw sklepu, obok jatki rzeźnickiej, mieścił się męski zakład fryzjerski obsługujący mężczyzn od lat dwóch do stu dwóch, przed którym w pogodny lipcowy wieczór sześćdziesiątego drugiego roku odbyła się słynna na całą dzielnicę bójka na noże; jeszcze po tygodniu klienci zakładu fryzjerskiego pokazywali sobie rdzawe ślady krwi na kocich łbach.


   

Archiwum autora

Za torami kolei przemysłowej, które łączyły dawne zakłady Poznańskiego z halami magazynowymi, stał zbudowany przed wojną gmach szkoły. Wreszcie pozostawało nam przejść obok wyrastających naprzeciw fabryki jednako ponurych, masywnych kamienic z poczerniałej cegły. Odgrodzony od ulicy żeliwnym parkanem na podmurówce, przykościelny teren mieścił zabytkowy kościół z drewna, solidniej niż kościół prezentującą się murowaną plebanię i niewielki park z placem zabaw; drewniane ażurowe altanki sąsiadowały z parterowymi zabudowaniami przedszkola.


Fot. Andrzej Kilbert

W upalne dni spływające ścieki wydzielały fetor. Końskie odchody pachniały inaczej. Wozacy kierujący furami z węglem wybierali Ogrodową z dwóch powodów: skracali sobie drogę ze składu przy Towarowej, a przy pompie na wprost naszego domu urządzali krótki postój. Napełniali blaszane wiadra wodą, konie niespiesznie gasiły pragnienie. Potem podsypywali im obroku, wypalali papierosa i odjeżdżali. Po każdym postoju zostawała kałuża końskiego moczu i parujące kulki łajna, do których zlatywały wróble.


Archiwum autora

Graczyk rozlał wódkę do kieliszków. Rozpoczęła się transmisja i wszyscy ucichli. Sprzed Kapitolu ruszył kondukt żałobny. Sześć białych koni ciągnęło lawetę ze spowitą flagą trumną. Na trasie konduktu pogrzebowego zgromadziły się tłumy. Wszyscy płakali. Patrzyliśmy w milczeniu, jak rasiści i ekstremiści, pół- i pełnej krwi faszyści, heroldowie krucjaty antykomunistycznej, antymurzyńskiej i antypostępowej ze łzami chowają swojego prezydenta.


Archiwum autora

Szliśmy boczną alejką obok stolików szachowych, przy których mężczyźni grali w karty i popijali wódkę z musztardówek. Wyszliśmy z parku, skręciliśmy w lewo i ulicami bez drzew kierowaliśmy się w stronę Limanowskiego.


Archiwum autora

Przez ten tydzień nasłuchałem się różnych opowieści. Dziadek Michał walczył z bolszewikami. Miał siedemnaście lat, kiedy w dwudziestym roku zgłosił się na ochotnika. Naczelnik Piłsudski zajmował w domu drugie miejsce, zaraz po Panu Bogu. Pan Bóg wciąż miał się nie najgorzej, za to Piłsudski umarł w trzydziestym piątym roku i dziadkom pozostały po nim tylko książki. Jedna zawierała zdjęcia z pogrzebu Marszałka. Za trumną szła Kasztanka Piłsudskiego, a ludzie tłumnie zgromadzeni na trasie konduktu mieli łzy w oczach – zupełnie jak Amerykanie na pogrzebie Kennedy’ego.


Archiwum autora

Kiedy Hitler ze Stalinem wzięli się za łby, oberlejtnanta Wernera wysłano na front wschodni. Wcześniej dopilnował, by dziadek trafił na roboty do Niemiec. (...) Pod koniec czterdziestego pierwszego Natalka postanowiła wysłać dziadkowi rodzinne zdjęcie. Kazała poszyć chłopcom nowe ubrania i w niedzielę po mszy poszli w trójkę do zakładu fotograficznego.


 

Fot. Andrzej Kilbert

Pierwszy dzień szkoły przebiegał wedle sprawdzonego scenariusza: rocznica wojny, zdradziecka napaść, brutalna okupacja, uliczne egzekucje, obozy, mord na milionach Polaków. Daty i liczby znaliśmy na pamięć, można było ten rocznicowy apel przespać, choć ja – z wiadomych powodów – tym razem słuchałem uważniej. Faszyzm znowu podnosi głowę, przestrzegał Sawończuk, Niemcy nie chcą pamiętać, są tacy, co by chcieli cofnąć wskazówki zegara. Odwrócić bieg historii. Nawet za cenę nowej wojny.


Archiwum autora

Obecne państwo polskie, przypomniał towarzysz Gomułka, zrodziło się z opłaconego rzeką krwi zwycięstwa narodu polskiego nad hitlerowską machiną wojenną imperializmu i militaryzmu niemieckiego, i ta odrodzona Polska cieszy się, że właśnie Francja, dając wyraz zrozumienia ogólnoeuropejskiego znaczenia granicy na Odrze i Nysie, pierwsza spośród wszystkich państw zachodnich uznała ją za ostateczną i nienaruszalną. Ta odrodzona Polska (...) wyciągnęła niezbędne wnioski ze swych dziejowych doświadczeń, a fundamentalnym spośród tych doświadczeń było wejście na drogę przyjaźni i sojuszu z jej wielkim wschodnim sąsiadem – Związkiem Radzieckim.


 

Archiwum autora

Dostojewski? Nie znałem. „Historia pewnej rodzinki”, przeczytałem na pierwszej stronie. Fiodor Pawłowicz Karamazow, przeczytałem, żenił się dwa razy, miał trzech synów, przeczytałem, był typem nikczemnym i rozpustnym, hulał, pił i łajdaczył się, czytałem z rosnącym zainteresowaniem, kłamał, bałamucił i oszukiwał, obie żony doprowadził do śmierci, o wychowanie synów troszczył się tyle co nic, wreszcie spotkał go tragiczny i niewyjaśniony zgon. (...) Nie dopuszczał sumienia do głosu, więc sumienie po latach wzięło na nim odwet. (...) I sumienie staje się naraz głównym odniesieniem w rozmowie, może nawet pierwszoplanowym bohaterem rodzinnej opowieści, bo nagle do celi monasteru wkracza spóźniony Dymitr Fiodorowicz, najstarszy z Karamazowów, Fiodor Pawłowicz z pomocą poety Schillera daje upust niechęci do pierworodnego, zło odsłania swoje prawdziwe oblicze. I teraz aż się prosi, by te wszystkie sumienia ustawić rządkiem obok siebie, niechby każdy zobaczył, które jest białe, a które czarne.


Archiwum autora

Prawie wbiegłem na drugie piętro sąsiedniej kamienicy (...). Na drzwiach nie było tabliczki z nazwiskiem. Jeden gad pożre drugiego, powiedziałem sobie w duchu, tak, przepowiednia Iwana Karamazowa zapadła mi w pamięć, więc z tym gadem w głowie (żeby użyć przenośni), zapukałem. Nagle zdjął mnie strach. Wyobraziłem sobie, że Johann stoi na wprost mnie, ukryty za drzwiami, i prawie nie oddychając, bo oddech mógłby go zdradzić, patrzy. Raptem drzwi się uchyliły. Nie miałem odwrotu. Choćbym nawet chciał (nie chciałem), już Johannowi nie ucieknę. Chyba niewiele zrozumiał z mojej gadaniny, gdy jednym tchem wyrzucałem z siebie „kapo”, „Dostojewski”, „obóz koncentracyjny”, a zaraz potem „monaster”, „proletariusz” i „fantasta”. Teraz chyba wyrażałem się składniej, bo Johann przestał kręcić głową, a kiedy skończyłem, powiedział: - W obozie nie byłem kapo. Pracowałem w Sonderkommando. Przydzielili mnie do palenia zwłok.


Źródło: Instytut Yad Vashem

Jochanan Fajner powiedział: Dawid osiągnął był właśnie lata Michała, kiedy razem z Charojzą i Naftalem wysiadł na rampie. Nie oddalaj się, przestrzegli go, zobacz, jaki tłum, łatwo się zgubić. Pewnie miał żal do rodziców, że bardziej zajmują się Abramkiem, strzegli Abramka jak oka w głowie. Miej dozór na nasze rzeczy, przykazali Dawidowi. Prawda! W tym ścisku ile ludzi pogubiło dobytek! Tracili ciepłe palta, książki, słoiki konfitur, tracili albumy ze zdjęciami. Jednak ostatecznie nic się nie marnowało. Najdrobniejsza rzecz znajdowała nowego właściciela. Czy ty wiesz, spytałem kiedyś Michała, że niektórzy niemieccy żołnierze nosili ciepłe skarpety z ludzkich włosów?


Źródło: Instytut Yad Vashem

Jochanan Fajner powiedział: W Oświęcimiu, powiedziałem Michałowi, najgorszy los czekał Żydów z bogatych domów. Mówię oczywiście o tych Żydach, którzy z pierwszej selekcji wyszli obronną ręką, którzy mieli jeszcze przed sobą tak zwane życie. Żyd z bogatego domu nie przywykł do wielogodzinnych apeli na mrozie, jedzenia brei, niewolniczej pracy i wszy. Miał delikatne jelita i delikatną głowę. Gdyby taki Izrael Poznański na swoje nieszczęście dożył Oświęcimia, to znaczy gdyby śmierć nie była go zabrała na styku wieków, to na oświęcimskim wikcie nie przetrzymałby dwóch dni.


Źródło: Muzeum Historii Łodzi

Jochanan Fajner powiedział: Chcę tym samym rzec, powiedziałem Michałowi, że ja byłem na Oświęcim lepiej przygotowany. Mieszkaliśmy w suterenie przy ulicy Południowej. Bałuty w większości zamieszkiwały ubogie rodziny żydowskie. (...) Ojciec, bogobojny Żyd, gardził pieniędzmi. Jego zdaniem prawdziwie bogobojny Żyd nie może zaprzątać sobie głowy mamoną. (...) Od rana do wieczora studiował święte księgi. Pod koniec dnia zapalał lampę naftową. A przed sobą na stole stawiał miskę z zimną wodą. Na wypadek, gdyby zmorzył go sen. Głowa wpadnie do miski i grzesznik się obudzi. Może tych kilku sekund zapomnienia Pan Bóg nie zauważy.


Źródło: Żydowski Instytut Historyczny

Jochanan Fajner powiedział: Przedwojenna Warszawa, powiedziałem Michałowi, to były dwa miasta. Była Warszawa chrześcijańska i była Warszawa żydowska. Na Krakowskim Przedmieściu, na Marszałkowskiej, w Alejach Jerozolimskich też trafiały się żydowskie kapoty i brody. Ale żydowskie ulice to były Nalewki, Leszno, Dzika, Gęsia, Pawia, Krochmalna, Nowolipki.


Źródło: Żydowski Instytut Historyczny

Jochanan Fajner powiedział: Zaprowadził mnie na wieczór autorski Izraela Rabona. (...) Gdzie ja trafiłem? Do Związku Literatów i Dziennikarzy Żydowskich przy ulicy Tłomackie 13. Tego wieczoru przekonałem się, że Tłomackie 13 to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Tu mógł przyjść dosłownie każdy: Żyd i nie-Żyd, żydowscy literaci piszący w jidysz obok tych tworzących po hebrajsku i po polsku, drzwi były otwarte dla chasydów i dla ateistów, nikt nie pytał, czy jesteś miłośnikiem poezji, teatru, muzyki czy żydowskiej kuchni.


Archiwum autora

Jochanan Fajner powiedział: Nakupiłem podarków, w szabat ubrałem się w najlepszy garnitur i w pociąg do Łodzi. Myślałem, że za Łodzią nigdy nie zatęsknię. Bo co to Łódź? Kominy, bieda, słońce okopcone dymem z fabryk. Wysiadłem z pociągu, spojrzałem w to znienawidzone ołowiane niebo, nabrałem w płuca cierpkie od dymu powietrze – i tak się poczułem, jakbym miał serce przedziurawione na wylot; za bardzo się z Łodzią zrosłem, żeby wyrzucić ją z pamięci.


Źródło: Instytut Yad Vashem

Jochanan Fajner powiedział: Mam te obrazy przed oczami, jakby zdarzyło się to wczoraj. (...) I pytam tego żydowskiego Boga z dwukrotnie zburzonej świątyni, pytam Izraela Rabona, którego Niemcy zabili gdzieś pod Wilnem, pytam poetkę Miriam Ulianower, która na Tłomackiem 13 czytywała nam swoje urocze wiersze, a do komory gazowej w Oświęcimiu trafiła razem z mężem, córką i kilkumiesięczną wnuczką, pytam się wreszcie samego siebie, powtarzając z tym głupim żydowskim uporem, jaki odziedziczyłem po ojcu: czy Naftal, Charojza, Dawid i Abramek naprawdę musieli w ostatniej chwili dotrzeć rozklekotanym autobusem do portu w Hajfie?


Źródło: Instytut Yad Vashem

Jochanan Fajner powiedział: Wszystko – prawie wszystko – co mówi się i pisze o Oświęcimiu jest prawdą. Właśnie to, dokładnie takimi słowami, powiedziałem Michałowi. Ale o Oświęcimiu, dodałem, nie da się powiedzieć wszystkiego. Żeby w pełni zrozumieć, czym był Oświęcim, trzeba było samemu tam być. Bywały tygodnie, (...) gdy codzienne transporty liczyły sześć tysięcy osób. Ten problem – te sześć tysięcy osób wysiadających z wagonów o jednej godzinie na rampie oświęcimskiej – musiał być jeszcze tego samego dnia szybko i efektywnie rozwiązany. Następnego dnia przyjedzie kolejne sześć tysięcy, do tego czasu w obozie muszą zapanować ład i porządek.


Źródło: Instytut Yad Vashem

Jochanan Fajner powiedział: W kilka sekund decydowało się, czy idziesz na lewo, czy na prawo. Obozowa orkiestra złożona z więźniów ładnie przygrywa. Na boisku więźniowie uganiają się za piłką. Oj, chyba nie będzie tu tak źle, myślą sobie Żydzi przywiezieni z Rumunii, Słowacji, Węgier, Francji, z polskich miast i miasteczek. Teraz pójdziecie się wykąpać, informują esesmani więźniów uznanych za niezdolnych do pracy, wykąpiecie się, mówią uprzejmie, dostaniecie przydział do baraków, a potem was nakarmimy. Niemcy to doskonale zorganizowany, praktyczny naród, ład i porządek stawiają wysoko; pojęli, że podstępem szybciej osiągną cel. Po co narażać się na nieprzyjemne sceny, na takie paskudne widoki, które mogą śnić się po nocach?


Źródło: IPN

Tadeuszowi zebrało się na wspomnienia. (...) Prawie całe Bałuty to wówczas było getto. (...) Niemcy mieli w Żydach darmową siłę roboczą, i wszystko w getcie: transport, dostawy, komunikacja, było podporządkowane zyskowi, wszystko w tej niewolniczej fabryce musiało działać jak w zegarku. Koniom Niemcy dawali jeść, bo inaczej by padły, a koni było mało. Z Żydami się nie cackali. Jak który umierał, na jego miejsce mieli trzech innych.


Archiwum autora

Stefan Chwedczuk (...) mieszkał z rodzicami dwa domy dalej. Robotnicza rodzina, katolicy z dziada pradziada. Stefan miał czarne kręcone włosy, prawda, ale nawet kropli żydowskiej krwi, z urody nie przypominał Żyda. (...) Na Żydów był strasznie cięty. Potrafił, ot, tak, wybić szyby w bóżnicy, a jak zdarzyła się okazja, to i przetrzepał Żydowi skórę. Aż zakochał się w jednej Żydówce i wszystko mu się w głowie poprzestawiało. Biegał za nią jak pies za własnym ogonem. Kiedy tę jego Esterę zabierali do getta, to uparł się, że z nią pójdzie. Rodzice musieli Stefka upić, inaczej by go w domu nie utrzymali.


Archiwum autora

Gdyby Stefan Chwedczuk zwracał uwagę na to, jaką gębę widzi w lustrze, może żyłby do dzisiaj. Takich rzeczy trzeba jednak być świadomym. Rozłożyłem na stoliku toaletki cztery zdjęcia ojca ze zbiorów babci Natalki. Panie Bodler, mówiłem do siebie, porównując zdjęcia ojca z własnym odbiciem w lustrze, skupiając uwagę zwłaszcza na tym jednym, gdzie pozuje ubrany w czapkę i ma tyle lat, ile ja dzisiaj, co by panu szkodziło, panie Bodler, dać sobie przebadać krew, mam na myśli, przebadać pod wiadomym kątem?


Fot. Andrzej Kilbert

Nagle jak na znak startera wszyscy zaczęli mówić. Kiedy tak stałem z boku, odnosiłem wrażenie, że w tym ogólnym wrzasku, w tym przekrzykiwaniu się, tak naprawdę chodzi o geografię. Jedni krzyczeli „Sybir, Oświęcim, Monte Cassino”, inni: „Syjon, Synaj, Syjam i Madagaskar”.


Źródło IPN

Zajazgotały gwizdki i zrobiło się niebiesko od mundurów. Z bocznej ulicy wytoczyła się ciężarówka z zakratowanymi oknami. Z daleka wyglądało to na zabawę w berka. Z tą różnicą, że skoro tylko milicyjna pałka klepnęła studenta, skoro tylko dopadła takiego bananowego syjonistę, to o żadnym odwróceniu ról nie było mowy, zabawa kończyła się tym, że trafiony element piątej kolumny znikał w zakratowanej ciężarówce.


Archiwum autora

Uczniów w sali przybywało, stawaliśmy klasami jak na akademiach, nauczyciele pilnowali porządku. Na wprost nas stanął Drejczyn, popatrzył na morze głów falujące przed nim w milczącym oczekiwaniu. Stała się rzecz straszna, przemówił zbolałym głosem. Pierwszy zdobywca kosmosu Jurij Gagarin nie żyje. (...) W rozkwicie twórczych sił, czytał dalej fragment nekrologu podpisanego przez przywódców radzieckich, odszedł od nas pierwszy zdobywca kosmosu, wierny syn komunistycznej partii i narodu radzieckiego. Ciekawe, jak go spłodzili, palnął ktoś i powiało grozą, bo mało nie ryknęliśmy śmiechem.


Archiwum autora

W poniedziałek lub wtorek, ulegając podszeptowi Bóg wie jakiego licha, zaraz po szkole wybrałem się na Mielczarskiego. Od wyjazdu Bajgelmanów nie minął nawet tydzień. Z czeluści nisko sklepionej wąskiej bramy wyszedłem na ciemne jak piwnica podwórko. I zaraz pożałowałem – w oknach pokoju Tadka wisiały firanki nowych lokatorów.


   

Źródło: Archiv Klaus Wagenbach

Jeszcze tego wieczoru kolejny raz obejrzałem cudaczne Kafkowskie rysunki. (...) W książce Kafki, tej od Bajgelmanów, znalazłem złożony w czworo wycinek z niemieckiej gazety. Artykuł zawierał zdjęcie Kafki (głowa en face) i kilka jego rysunków (niewydarzone patykowate ludziki), opatrzonych rozedrganym autografem; ma się wrażenie, że każda z pięciu liter nazwiska chce żyć własnym życiem. Uszy u Kafki, spostrzegłem pierwszego dnia, są cienkie, odstające i podobnie jak litery nazwiska wykręcają się na wszystkie strony, jakby uznały, że nie pasują do reszty, więc na znak buntu postanowiły się oderwać. Zbuntowane litery, w parze z nimi patykowate ludziki niepasujące do tak zwanego świata, tak jak uszy u Kafki nie pasują do tak zwanej całości. A może to tak zwana całość od nich odstaje? Czy chciałem, czy nie, widziałem (...) Jochanana Fajnera, widziałem Charojzę z Abramkiem i Dawidem, widziałem siostry: Ellę, Vallę i Ottlę, wszystkie trzy, warto wiedzieć, z domu Kafka – chociaż akurat nazwisko, takie czy inne, wtedy nie miało, można przypuszczać, najmniejszego znaczenia.


Archiwum autora

Czekaliśmy na tramwaj, słońce prażyło, wokół asfalt i beton, z nieba lał się żar, nie było gdzie się przed tym białym żarem schronić. Pomyślałem: tylko ołówek przyłożyć do kartki i rysować. Tradycyjnie zacząłem od końca, od rozwianego ogona, w dalszej kolejności, rysowane rozpaloną bielą na czarnym asfalcie, wyłaniać się jęły zad, grzbiet, łeb, kłąb, pęciny i cała galopująca reszta – tak powstaje koń. (...) Tymczasem czekamy. Nie ma już pana Fajnera. Tadek Bajgelman wyjechał, panna Szlechter siedzi na walizkach. Wygląda na to, że za wyjście z choroby, za zmianę adresu, z nas wszystkich ja zapłaciłem śmiesznie niską cenę. A więc to tak się sprawy mają, zrozumiałem, za radą pana Fajnera otworzywszy oczy. W samą porę, bo Józef K., ten od Franza Kafki, pod eskortą dwóch zbirów przemierzył już miasto i właśnie dotarł do miejsca przeznaczenia. Na najwyższym piętrze domu otworzyło się okno i Józefowi K. zaświtała nadzieja, że w tak zwanej ostatniej chwili ktoś jednak przyjdzie mu z pomocą. Wprawdzie logika, roztrząsał trzeźwo, jest niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć.


ZŁA KREW

Wydawnictwo
Nasza Księgarnia,
Warszawa 2009


Copyright © 2009 Elżbieta Gortat
Contents copyright © 2009 Grzegorz Gortat